153 687 kroków po Kilimanjaro

153 687 kroków po Kilimanjaro

Najwyższy szczyt Afryki – Kilimanjaro, nigdy nie był szczytem moich marzeń. Gdyby nie Asia, Ola, Aldona i Mateusz, których poznałam w trakcie wyprawy na Kazbek i Elbrus, pewnie nigdy bym się tam nie wybrała. A z pewnością niezbyt szybko. Co mnie przekonało? Wizja spędzenia nocy sylwestrowej w drodze na szczyt Kilimanjaro, ale po kolei 😊

Wyjazd na Kilimanjaro to moja druga wyprawa górska z tą samą agencją wyprawową – Adventure24. Porównując ją do Kazbeka i Elbrusa to były prawdziwe wczasy, a jednocześnie dla osób, które chciałyby spróbować swoich sił w górach wysokich doskonała okazja na start.

Z Polski wylatujemy 26 grudnia. Lecimy 6h do Doha (Katar), stamąd 6h do Nairobii (Kenja) i jakieś 5h busem do Moshi (Tanzania), gdzie nocujemy. Na miejscu jesteśmy po południu 27 grudnia. Następnego dnia rano przepakowujemy rzeczy i szykujemy się na wyjazd do Kilimanjaro National Park.

po Kilimanjaro

Widok z okna hotelowe w Moshi

po Kilimanjaro

Na Kilimanjaro jest kilka dróg, którymi można zdobyć szczyt. My idziemy drogą Machame Gate (tzw. Whiskey), która zakłada 40 km trekkingu. Pierwszy dzień to 11km drogi. Jest pięknie! Momentami troszkę deszczowo, ale krajobraz i humor uczestników sprawiają, że droga szybko mija.

po Kilimanjaro

Machame Camp – 2835 m n.p.m.

Na miejscu czekają na nas przygotowane namioty. I to pierwsza różnica pomiędzy wyprawą do Gruzji. Tam niezależnie od pogody sami musieliśmy szukać miejsca pod rozłożenie namiotów, zadbać by były stabilnie ustawione. Tu wszystko było gotowe, a w namiotach dodatkowo materace. Jeszcze większą niespodzianką były dla mnie miski z ciepłą wodą do umycia rąk! Tego się zupełnie nie spodziewałam. A mówią, że w Afryce brudno.

po Kilimanjaro

Chwilka na rozłożenie rzeczy, kiedy porterzy gotują nam kolację. W Gruzji dodatkowo wykupiliśmy sobie taką usługę – inaczej czekałaby na nas tylko żywność lioflizowana –  tutaj były dla wszystkich w cenie wyjazdu. Owoce były zawsze! Arbuzy, ananasy – w domu nie przykładam do tego takiej uwagi.

po Kilimanjaro

Messa, w której mieliśmy posiłki.

Kolejna niespodzianka to woda. Mogliśmy jej mieć ile było potrzeba, tak przy kolacji, jak i do termosów. Na Kazbeku i Elbrusie musieliśmy sami ją sobie na wyjście gotować.

Różnił się też sprzęt. Poprzednio musiałam mieć raki, czekan, kask, solidne buty, szłam na linie. Tutaj wystarczały wysokie buty trekkingowe.

Poranek

Godzina 6:30 puka do namiotu porter z kubeczkami i herbatką imbirową. Podaną wprost do śpiwora! O 7:00 ciepła woda do mycia, a o 7:30 śniadanie. Między 6:30, a 7:30 mieliśmy jeszcze się spakować, tak by porterzy mogli złożyć nasze namioty i przygotować na kolejny obóz. Śniadanie i idziemy w górę. A śniadanie to też pyszności, no może poza tą ich kaszką, której bez dodania miodu nie dało się zjeść. Naleśniki, jajka, parówki.

Jak się okaże poranki i wieczory przez cały trekking będą wyglądały tak samo.

Cel kolejnego dnia – Shira Cave Camp – 3750 m n.p.m.

po Kilimanjaro

 

po Kilimanjaro

Tu kolejne udogodnienie… ten mały zielony namiocik to nasze WC! 

Drugi dzień trekkingu i roślinność już troszkę inna, niższa. Idzie się przyjemnie. Przyzwyczajamy się do tego, że „prawa wolna” bo porterzy szli z rzeczami. A lepiej trzymać pewien dystans, bo niektórzy czasem się potknęli, komuś coś spadło. Pewną odległość dla bezpieczeństwa lepiej zachować.

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Dochodzimy do wysokości, gdzie na poprzedniej wyprawie już brałam Duramid – czyli lek, który podobno pomaga w walce z chorobą wysokościową. Tym razem po konsultacjach postanawiam, że zobaczymy jak mój organizm znosi wysokość.

Jak na razie wszystko idzie bardzo dobrze. Trochę bolała mnie głowa, ale po tabletce ból przeszedł i przez cały wyjazd już nie powrócił.

Barranco Camp – 3900 m n.p.m.

Idziemy dalej. Tego dnia naszym celem jest Lava Tower Camp – 4600 m n.p.m. gdzie spędzamy godzinę, a po czym docieramy do Barrano Camp. Aklimatyzacja na Lava Tower ma nam pomóc w sprawniejszym zdobyciu szczytu.

po Kilimanjaro

Lava Tower przed nami

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Wyjście z Barranco było najtrudniejszym fragmentem całej wyprawy. Skaliste wejście oraz porterzy, którzy wciskają się wszędzie i wprawiają nas w zdumienie umiejętnościami zachowania równowagi z całym majdanem na głowie – to zapowiedź korków i czekania aż w końcu przejdą by móc iść dalej. Po ok. 8h docieramy popołudniu do Barafu Camp, skąd za kilka godziny o północy wyruszymy by zdobyć szczyt.

Barafu Camp – 4673 m. n.p.m.

Jest godzina ok. 18:00 jak jesteśmy na miejscu. Czekamy na kolację, pakujemy się na nocne wyjście. 19:00 kolacja do ok. 20:00 i mamy jakieś 3h snu, by o 23:30 spotkać się z całą grupą i ostatni raz przygotować się na atak na szczyt.

Północ, Sylwester

Śpiewy i wesołe okrzyki wszystkich wokoło. Składamy sobie życzenia i 5 minut później idziemy w górę by dalej zdobywać Kilimanjaro. Patrzę na naszą trasę i widzę autostradę czołówek. Tłumy!

Wyjściu z obozu towarzyszą nam pieśni porterów, co było tak wzruszające, jak i motywujące. Idziemy. Niebo przepięknie gwiaździste, ale trzeba patrzeć pod nogi, więc niezbyt mogłam się nacieszyć tym widokiem. Zaczyna wiać. Ale tak naprawdę solidnie. Zakładam jedną, drugą, trzecią warstwę ubrań. Trasa niezbyt trudna, ale wieje i zimno.

Noc. Miałam wrażenie, że ona nigdy się nie skończy. Na postojach pijemy herbatę, a mnie ręce tak się trzęsą, że musiałam się skupiać na tym by jej całej na siebie nie rozlać. Nigdy, ale to nigdy nie zmarzłam tak jak tej nocy. Miałam 7 warstw ubrań (na Elbrusie przy -25 miałam 6!) Nigdy też tak bardzo nie marzyłam o wschodzie słońca jak wtedy.

po Kilimanjaro

W trakcie ataku na szczyt nie rozmawiamy, nie żartujemy idąc jak zawsze mamy w zwyczaju. Skupiamy się na drodze, oddech, przede wszystkim na oddechu i jego wyrównaniu. Im jesteśmy wyżej tym bardziej tego trzeba pilnować.

Pole pole

Całą wyprawę pozdrawialiśmy się z porterami. Oni mówili do nas „Jambo jambo” (czyli  podobno coś w rodzaju, „Jak leci”) my odpowiadaliśmy „mambo poa” (podobno oznacza to „wszystko dobrze”, czy też „bardzo dobrze”). Często też słyszało się „pole pole” co oznacza powoli powoli. Mówią tak, ponieważ nie trudność trasy jest tutaj wyzwaniem, a aklimatyzacja. Trzeba iść wolniej, żeby organizm mógł się przystosować do wysokości i mniejszej ilości tlenu.

Uhuru Peak – 5895 m. n.p.m.

Kiedy o 6:00 rano wzeszło słońce miałam łzy w oczach. Ten wiatr i noc sprawiały, że miałam wrażenie, że to się nigdy nie skończy. Szłam i szłam i końca nie było widać. Słońce dało mi nadzieję.

Potem już było tylko lepiej.

Dochodzimy do Stella Point 5756 m n.p.m., ale to jeszcze nie ten oficjalny najwyższy szczyt. Do tego najwyższego jeszcze jakaś godzinka. O 8:30 docieramy do Uhuru Peak. Kilka oficjalnych zdjęć pamiątkowych i… czas zacząć Sylwestra!

po Kilimanjaro

No tak! W końcu pojechałam właśnie po to by świętować Nowy Rok na szczycie.

Razem z Anią, Aldoną, Asią, Olą i Mateuszem zaczynamy się rozbierać. Ku zdziwieniu wielu gapiów mamy pod spodem sukienki sylwestrowe! Mateusz wyciąga koszulę, kamizelkę, muchę i … małego szampana. Tak! Sylwester na szczycie bez niego nie liczyłby się.

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Wiać wiało dalej, więc nasze świętowanie po 5 minutach się skończyło, ale i tak było warto. Miny innych – bezcenne, a my mamy fajne wspomnienia.

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Widoki na szczycie

Szybko w dół

O 12:00 byliśmy już z powrotem w naszym startowym obozie. Zmęczeni, szczęśliwi, ja w końcu odtajałam po wymarznięciu w drodze na szczyt. Po obiedzie i krótkiej drzemce pakujemy rzeczy i schodzimy do obozu niżej.

po Kilimanjaro

Następnego dnia jesteśmy już na dole. Rany! Jak zimno piwo smakuje w takich okolicznościach! Nie jestem piwoszem, ale wtedy smakuje mi najlepiej!

Wieczorem oficjalna kolacja z pieczoną kozą w tle (wyjątkowe danie dla Tanzańczyków) i szykujemy się na safari.

po Kilimanjaro

Czy było warto?

To był wspaniały wyjazd, choć muszę przyznać, że dla mnie za szybki. Zdecydowanie bardziej pasował mi Kazbek, kiedy mogliśmy poobcować z tymi górami. Obudzić się wśród nich, posiedzieć w ciągu dnia i popatrzeć na nie. Trekking jest fajną formą wyjazdową, ale raczej nie moją ulubioną.

153 687 kroków w drodze na Kilimanjaro, to konkretniej kroki Jarka – jednego z uczestników naszej wyprawy. Ponad 80 000 w górę i reszta w dół.

Ten wyjazd pokazał mi, że wole spokojniej spędzać czas w górach. Pobyć z nimi, popatrzeć na nie, nawet pomarznąć (niekoniecznie od wiatru). W każdym razie gorąco polecam i już myślę o kolejnych wyjazdach.

 

Kazbek i Elbrus – wspomnienia z mojej pierwszej wyprawy górskiej

Kazbek i Elbrus – wspomnienia z mojej pierwszej wyprawy górskiej

Celem na ten rok miał być Mont Blanc. Planowałam wyjazd z Polskim Związkiem Alpejskim. Na kilka dni przed tym, jak miałam zarezerwować miejsce, na Facebooku koleżanka napisała, że szuka chętnych na trekking na Kazbek i Elbrus… I tak zmieniły się moje plany.

To był mój pierwszy wyjazd górski tego typu. Namioty, jedzenie żywności liofilizowanej. Zastanawiałam się jak to będzie. Jak logistycznie uda mi się spakować cały sprzęt, a potem go nosić ze sobą. Oczywiście o kąpielach nawet nie myślałam, ale wizja mokrych chusteczek jako jedyny sposób na higienę osobistą też mnie jakoś nie przekonywała. W praktyce okazało się, że nie było tak strasznie. I chociaż przez 16 dni wyjazdu w sumie myłam się ze 3 razy, na takiej wysokości nasze ciało zupełnie inaczej się zachowuje.

Wszystko co miałam na ten wyjazd

Tutaj już spakowane

Podobno “świeżaków” w tym środowisku można poznać po tym, jak pytają się co z potrzebami fizjologicznymi. Jak to wygląda, kiedy idziemy wszyscy związani linami, masz uprząż na sobie, jest zimno, a wokół Ciebie tylko lodowiec i nie ma krzaczka by się schować. Teraz wiem, że tam to jest najmniejszy problem. I w sumie nic tak skutecznie grupy nie integruje, jak ludzkie potrzeby.

To był też mój pierwszy wyjazd od ośmiu lat na dłużej niż 6 dni, gdzie nie miałam dostępu do Internetu, a telefon miałam ustawiony na flying mode, tak by móc robić nim tylko zdjęcia. Zero smsów, social mediów, totalnie ja, góry i uczestnicy wyjazdu.

I już teraz wiem, że to było najlepsze co, mogło mnie spotkać. Pozbawiona bodźców mogłam cieszyć się tym wspaniałym doświadczeniem, widokami i ludźmi wokoło. Nie pamiętam kiedy wróciłam tak wypoczęta, zrelaksowana i szczęśliwa. Szczęśliwa, bo nagle zrozumiałam, że mam wszystko! Wszystko by być szczęśliwą, że otaczają mnie wyjątkowe osoby i wszystko jest na czas.

Gruzja, Kazbek – pierwsze podejście

Kazbek porównałabym do kobiety z PMS – zmienna, wymagająca i trudna do przewidzenia.

Kiedy przyjechaliśmy padało okrutnie! Zatrzymaliśmy się w hotelu w Kazbegii by następnego dnia wyruszyć na nasz pierwszy obóz „nad rzeką”. Zaklinałam rzeczywistość by rano obudziło nas słońce – i udało się! Poranek, piękne widoki, wspaniała trasa, rozmowy z nowopoznanymi osobami.

Rozmowy o górach. Naszym doświadczeniu, kondycji, tych zabawnych i groźniejszych wpadkach w górach.

Potem pierwsza noc w namiotach, szybkie śniadanie i idziemy już pod Meteo na wysokość 3650 m n.p.m. Część z nas zaczęła już brać wtedy duramid – lek, który ma nie dopuścić do choroby wysokościowej. Poranek, kiedy widzisz siebie w małym podręcznym lusterku spuchniętą jak ziemniak, to znak za mało piłaś dzień wcześniej (Na wysokościach picie dużej ilości wody jest konieczne, a duramit jeszcze to potęguje). Po drodze do Meteo przechodzimy przez lodowiec, gdzie gęsiego idziemy za naszą liderką Jadzią. I tak 23 osoby w sumie dawały niezłą gąsienicę.

W drodze do Meteo

Koło południa docieramy do Meteo, gdzie rozbijamy swoje namioty. Przestrzeń, z której pięknie widać Kaukaz i gruziński krajobraz. W sumie spędziliśmy tam 4 noce zdobywając aklimatyzacje, czekając na pogodę, rozmawiając, śmiejąc się prawie cały czas. Kiedy w nocy padało i mocno wiało, a namiot przytrzymywały nam kamienie by nie odleciał, zakrywałam się śpiworem i udawałam, że tego nie słyszę – zwykle pomagało. Od razu usypiałam.

Obóz pod Meteo

Z Asią, moją tent mate

Termin wyprawy o tyle mi też pasował, że przypadał na dzień moich urodzin. Lubię ten dzień spędzić inaczej każdego roku. W tym roku było naprawdę wyjątkowo.

Dzień wcześniej negocjowałam z jednym z gruzińskich przewodników, żeby przynieśli nam do Meteo wino i czacze na moje urodziny. Nie mówił po angielsku, ale mówił po rosyjsku… więc miałam okazję przypomnieć sobie to, czego uczyłam się w liceum i na studiach. Zawsze wierzę, że każda wiedza nam się kiedyś przyda, jak widać teraz okazała się wyjątkowo użyteczna 😉 Następnego dnia na koniach przyniesiono mi w sumie trzy litry pysznego czerwonego gruzińskiego wina (może to za sprawą wysokości, ale naprawdę bardzo nam smakowało)  i litr czaczy. Dostawa przyjechała na ok. 12, więc niewiele czekając zaczęłyśmy z Asią (moją towarzyszką namiotową, moją „tent mate”) świętowanie. I tak jedna, druga, trzecia osoba i finalnie w naszym dwuosobowym namiocie było nas ośmioro.

To był wyjątkowo rozśpiewany namiot i na całym polu wszyscy wiedzieli, że mam urodziny. Ok. 15/16 imprezę zakończyliśmy, bo w nocy planowaliśmy w końcu zdobyć nasz upragniony szczyt.

Rozpoczęły się przygotowania, rozmowy czy pogoda dopisze, co trzeba spakować i jak, by szybko się w nocy zebrać i wejść na górę, a warunki wcale nie zapowiadały się najlepiej…

Atak szczytowy

Zebranie o 1:00 rano i dyskusja, co robimy. Wiatr, deszcz a grupa naciska. Chcemy iść i spróbować. W końcu decyzją Karola (drugiego lidera) i Jadzi oraz gruzińskich przewodników mamy poczekać do 3:00 i wtedy spróbować. Ma się wszystko wyciszyć.

3:00 wszyscy zniecierpliwieni czekamy. W końcu kilka minut po zbieramy się. Ciemno, z czołówkami idziemy pełni emocji: stresu, adrenaliny, a ja przede wszystkim ciekawości.

Pogoda była dobra, ale grupa duża. Dość często przerwy, postoje, a po tym jak związaliśmy się linami w pewnym momencie, wszystko jeszcze bardziej się wydłuża. W międzyczasie wschód słońca i zimno.

A ja… no cóż… zaczynam nie czuć się zbyt dobrze. Generalnie zaczęłam mieć problemy jelitowe, co wcale nie było komfortowe. W końcu tuż przed wejściem na lodowiec, kiedy Karol pyta się czy ktoś chce wrócić odzywam się, że ja. Nie byłam w najlepszej formie, więc wolałam nie ryzykować. Rezygnuje też Kasia i Karol wraca z nami do Meteo.

Nie wiem kiedy się gorzej czułam, czy kiedy niezbyt dobrze było z moim zdrowiem czy teraz wycofując się… Pół godziny potem Karol zdzwania się przez telefon satelitarny z Jadzią, która dalej szła i mówi, że ze względu na pogorszenie pogody wszyscy zawracają. Z jednej strony było mi ich szkoda, a z drugiej poczułam troszkę ulgę… że nie będę jedyna z Kasią, która nie weszła.

Po nieudanym ataku szczytowym w zespole panuje okropna atmosfera. Pakujemy nasze rzeczy i wracamy do Kazbegii. Żal, złość, poczucie nie zrealizowanego celu czuć mocno. Wieczorem wychodzimy wszyscy na kolację i tam, ktoś zaczyna przebąkiwać, że gdyby tak szybko zdobyć Elbrus i wrócić na Kazbek? Wtedy wydawało się to nierealne, ale życie potrafi zaskakiwać!

Elbrus

Wstajemy rano, pakujemy się do busów i jedziemy do Rosji. Po drodze piękne widoki gór, krowy na mostach i ciąg dalszy historii o górach. W sumie to o niczym innym na takich wyjazdach się nie rozmawia… 😉

Niestety jedziemy o 4 osoby mniej, które z różnych powodów zrezygnowały z dalszego wyjazdu. Na miejscu dowiadujemy się, że wejście odbędzie się szybciej niż było wstępnie planowane.

Dojechaliśmy na miejsce w sobotę, atak szczytowy wstępnie planowany był z poniedziałku na wtorek. Teraz nasi liderzy powiedzieli nam, że wykorzystamy okno pogodowe jakie, było z niedzieli na poniedziałek. Miałam wrażenie, że negatywne emocje, które wisiały w powietrzu, nagle runęły na ziemię i rozpadły się na kawałki. Wszystkim od razu poprawił się humor.

Następnego dnia rano wjechaliśmy kolejką na wysokość 3850m n.p.m. i niedługo potem mieliśmy wejście akilmatyzacyjne do skał Pastuchowa (4800 m) i szybciutko powrót, bo w nocy atak szczytowy.

Wtedy podczas obiadu powiedziano nam, że jest opcja wjazdu ratrakiem w nocy do skał Pastuchowa po to, by uniknąć zimna i zwiększyć szanse na wejście. Ja po nieudanym wejściu na Kazbek miałam postawę minimalizować ryzyko nie wejścia na kolejną górę, więc od razu zgodziłam się.

Grupa podzieliła się na tych, którzy zdecydowali się wchodzić i tych, którzy wjeżdżają ratrakiem. Ta pierwsza wychodziła wcześniej, my mieliśmy ok.2h zapasu na podejściu przez to i mogliśmy ciut dłużej zostać w schronach.

Atak szczytowy

Elbrus to inna góra niż Kazbek. Teraz mogę napisać, że nudna. Po prostu idziesz pod górę na śniegu. Na początku mocno trawersujesz i to ciekawy widok, kiedy patrzysz na inne grupy idące po ciemku z czołówkami. Jest jednak bardzo zimna. Kiedy my na nią wchodziliśmy podobno było -24 stopnie i wiał wiatr ok. 40km/h.

Przerwa. Wygrzewamy się na słoneczku – mam na sobie sześć warstw ubrań

Ja miałam na sobie sześć warstw, które w zależności od tego czy byliśmy na słońcu czy w cieniu gór albo ubierałam, albo zdejmowałam.

Cała akcja szczytowa trwała ok. 6,5h w górę. Były momenty zastanawiałam się co ja właściwie robię. Po co mi to wszystko, to męczenie się, ale to standard. W górach nie ma miejsca na plany przejęcia władzy nad światem. Większość czasu pod górę liczyłam: 1,2,3… albo myślałam: lewa, prawa. Tak było łatwiej i szybciej mijał czas. Wolałam patrzeć na stopy osoby przede mną niż widzieć jak daleko jeszcze na szczyt. Po drodze na śniegu różne rzeczy można zobaczyć, ale o tym wolę nie pisać…

Kiedy chodzę pod górę nie lubię rozmawiać. Wolę się skupić na tym gdzie i jak postawić stopę, obserwować otoczenie.

Szczyt

Chyba już na zawsze zapamiętam słowa Piotrka: „No! W Europie wyżej się już nie da!”. Uczucie wspaniałe, a widoki piękne. Udało się i pogoda nam wyjątkowo mocno dopisała.

Kiedy teraz myślę o tym, to Elbrus nie był dla mnie tak trudną górą. Zejście jednak dało mi popalić. Nie spałam w nocy i byłam już zmęczona. Miałam dość. Na szczęście była też możliwość zjeżdżania na pośladkach, którą wykorzystałam. Od pewnego momentu trasa jest tak fajna, że można usiąść i zjechać – szkoda, że nie mieliśmy pewnie dobrze Wam znanego „jabłuszka”. Troszkę wytarłam spodnie, ale niech mają swoją historię!

Cała trasa w dół to był jeden cel: gorący prysznic w hotelu na dole! Szczęśliwi, super zadowoleni chcieliśmy jak najszybciej zjechać kolejką i wykąpać się. Wyobrażałam sobie te ciepłe strumienie wody na przemarzniętym ciele… Jednak życie znowu nas zaskoczyło. W całej miejscowości była awaria i przez najbliższe trzy dni miało nie być ciepłej wody!

Takie niespodzianki na pożegnanie Rosja nam dała. Asia (mój tent mate) załatwiła czajnik z hotelu, kilka osób gotowało wodę w jetboilach. I tak z prysznica została nam miska, w których się myliśmy.

Wieczorem, wrócił temat Kazbeka…

Podzieliliśmy się na osoby, które chcą spróbować jeszcze raz i te, które wracają do Kazbegii, a potem do Tibilisi, gdzie będą zwiedzać okolicę.

Ja zdecydowałam, że nie odpuszczę i spróbuję. W sumie było nas 9 osób, które postanowiły zrzucić się jeszcze raz na przewodnika i konie, które wniosą nasze rzeczy.

Kazbek po raz drugi

Wróciliśmy! Tym razem wejście pod Meteo „wciągnęliśmy nosem”. Po raz pierwszy doświadczyłam jaką energię i wydolność daje aklimatyzacja!

Jeden dzień na odsapnięcie i kolejnego dnia o 1:00 wyruszamy. Znowu ten sam początek, ta sama morena, te same emocje. Ja „zabezpieczona” stoperanem. Źle zrobiłam, że na fali radości otwarłam maila dzień wcześniej i przeczytałam czego nie powinnam przez co mocno mi się humor zespół, ale na szczęście mogłam liczyć na wsparcie członków wyprawy.

Z Olą na szczycie Kazbeka

Kazbek to bardzo ciekawa góra i ciekawa trasa. Po drodze z Meteo mamy morenę i spadające kamienie, lodowiec ze szczelinami. Jest dużo większa różnorodność, ale też niebezpieczeństwo. Tutaj idziemy związani linami, bo „Kazbek nie lubi singli” jak czytamy na ogłoszeniach w Meteo.

Zdobywamy szczyt nawet nie wiedząc kiedy. Mgła była tak duża, że niestety widoki ze szczytu możemy sobie tylko wygooglować. Mimo to satysfakcja level max! Za drugim razem, ale szczyt zdobyty.

A ja… znalazłam partnerów na kolejne wyjazdy. Bo jak się okazuje mocno się zgraliśmy i mamy apetyt na więcej wspólnych stoków.

KAZBEK I ELBRUS – WSPOMNIENIA Z MOJEJ PIERWSZEJ WYPRAWY GÓRSKIEJ

Nasz wspaniały team

Co wiem, że lubię w takich wyprawach?

Ludzi! Tam nikt nie mówi o pracy, bo każdy jest z innego środowiska. Liczy się tylko wspólny cel – zdobyć szczyt i miło spędzić czas. Wszyscy siebie wspieramy, pomagamy sobie i dzielimy co mamy.

Byłam na pierwszej komercyjnej wyprawie dla mnie i pewnie nie ostatniej. Wygodnie jest myśleć tylko o tym by iść, jeść i spać, prawie jak w dobrze znanej piosence…

Ta wyprawa dosłownie pokazała mi co często się słyszy. To nie szczyt czy też sam cel jest ważny, tylko droga jaka na niego prowadzi. Z wyjazdu chętniej wspominam czas spędzony z innymi niż tylko czubek góry. Na Kazbeku byliśmy bardzo krótko. Wiało, była mgła, chcieliśmy jak najszybciej z niego zejść. Elbrus, było pięknie, słonecznie. Obca cele osiągnięte, ale to, że je zdobyliśmy w tak fajnej atmosferze tylko podnosi zadowolenie. Gdybym miała cały wyjazd kamień w bucie, który mnie uwiera z pewnością wejście na szczyt nie dałoby mi tyle satysfakcji.

Dziękuję za zdjęcia: Oli, Mateuszowi, Robertowi. Wykorzystałam też kilka z profilu na Facebooku “Adventure24”

Newsletter

Otrzymuj unikatowe treści i case study, w jaki sposób komunikować nowe technologie.

rodoblog

Dziękuję, że dołączyłaś/eś do mojej listy mailingowej