153 687 kroków po Kilimanjaro

153 687 kroków po Kilimanjaro

Najwyższy szczyt Afryki – Kilimanjaro, nigdy nie był szczytem moich marzeń. Gdyby nie Asia, Ola, Aldona i Mateusz, których poznałam w trakcie wyprawy na Kazbek i Elbrus, pewnie nigdy bym się tam nie wybrała. A z pewnością niezbyt szybko. Co mnie przekonało? Wizja spędzenia nocy sylwestrowej w drodze na szczyt Kilimanjaro, ale po kolei 😊

Wyjazd na Kilimanjaro to moja druga wyprawa górska z tą samą agencją wyprawową – Adventure24. Porównując ją do Kazbeka i Elbrusa to były prawdziwe wczasy, a jednocześnie dla osób, które chciałyby spróbować swoich sił w górach wysokich doskonała okazja na start.

Z Polski wylatujemy 26 grudnia. Lecimy 6h do Doha (Katar), stamąd 6h do Nairobii (Kenja) i jakieś 5h busem do Moshi (Tanzania), gdzie nocujemy. Na miejscu jesteśmy po południu 27 grudnia. Następnego dnia rano przepakowujemy rzeczy i szykujemy się na wyjazd do Kilimanjaro National Park.

po Kilimanjaro

Widok z okna hotelowe w Moshi

po Kilimanjaro

Na Kilimanjaro jest kilka dróg, którymi można zdobyć szczyt. My idziemy drogą Machame Gate (tzw. Whiskey), która zakłada 40 km trekkingu. Pierwszy dzień to 11km drogi. Jest pięknie! Momentami troszkę deszczowo, ale krajobraz i humor uczestników sprawiają, że droga szybko mija.

po Kilimanjaro

Machame Camp – 2835 m n.p.m.

Na miejscu czekają na nas przygotowane namioty. I to pierwsza różnica pomiędzy wyprawą do Gruzji. Tam niezależnie od pogody sami musieliśmy szukać miejsca pod rozłożenie namiotów, zadbać by były stabilnie ustawione. Tu wszystko było gotowe, a w namiotach dodatkowo materace. Jeszcze większą niespodzianką były dla mnie miski z ciepłą wodą do umycia rąk! Tego się zupełnie nie spodziewałam. A mówią, że w Afryce brudno.

po Kilimanjaro

Chwilka na rozłożenie rzeczy, kiedy porterzy gotują nam kolację. W Gruzji dodatkowo wykupiliśmy sobie taką usługę – inaczej czekałaby na nas tylko żywność lioflizowana –  tutaj były dla wszystkich w cenie wyjazdu. Owoce były zawsze! Arbuzy, ananasy – w domu nie przykładam do tego takiej uwagi.

po Kilimanjaro

Messa, w której mieliśmy posiłki.

Kolejna niespodzianka to woda. Mogliśmy jej mieć ile było potrzeba, tak przy kolacji, jak i do termosów. Na Kazbeku i Elbrusie musieliśmy sami ją sobie na wyjście gotować.

Różnił się też sprzęt. Poprzednio musiałam mieć raki, czekan, kask, solidne buty, szłam na linie. Tutaj wystarczały wysokie buty trekkingowe.

Poranek

Godzina 6:30 puka do namiotu porter z kubeczkami i herbatką imbirową. Podaną wprost do śpiwora! O 7:00 ciepła woda do mycia, a o 7:30 śniadanie. Między 6:30, a 7:30 mieliśmy jeszcze się spakować, tak by porterzy mogli złożyć nasze namioty i przygotować na kolejny obóz. Śniadanie i idziemy w górę. A śniadanie to też pyszności, no może poza tą ich kaszką, której bez dodania miodu nie dało się zjeść. Naleśniki, jajka, parówki.

Jak się okaże poranki i wieczory przez cały trekking będą wyglądały tak samo.

Cel kolejnego dnia – Shira Cave Camp – 3750 m n.p.m.

po Kilimanjaro

 

po Kilimanjaro

Tu kolejne udogodnienie… ten mały zielony namiocik to nasze WC! 

Drugi dzień trekkingu i roślinność już troszkę inna, niższa. Idzie się przyjemnie. Przyzwyczajamy się do tego, że „prawa wolna” bo porterzy szli z rzeczami. A lepiej trzymać pewien dystans, bo niektórzy czasem się potknęli, komuś coś spadło. Pewną odległość dla bezpieczeństwa lepiej zachować.

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Dochodzimy do wysokości, gdzie na poprzedniej wyprawie już brałam Duramid – czyli lek, który podobno pomaga w walce z chorobą wysokościową. Tym razem po konsultacjach postanawiam, że zobaczymy jak mój organizm znosi wysokość.

Jak na razie wszystko idzie bardzo dobrze. Trochę bolała mnie głowa, ale po tabletce ból przeszedł i przez cały wyjazd już nie powrócił.

Barranco Camp – 3900 m n.p.m.

Idziemy dalej. Tego dnia naszym celem jest Lava Tower Camp – 4600 m n.p.m. gdzie spędzamy godzinę, a po czym docieramy do Barrano Camp. Aklimatyzacja na Lava Tower ma nam pomóc w sprawniejszym zdobyciu szczytu.

po Kilimanjaro

Lava Tower przed nami

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Wyjście z Barranco było najtrudniejszym fragmentem całej wyprawy. Skaliste wejście oraz porterzy, którzy wciskają się wszędzie i wprawiają nas w zdumienie umiejętnościami zachowania równowagi z całym majdanem na głowie – to zapowiedź korków i czekania aż w końcu przejdą by móc iść dalej. Po ok. 8h docieramy popołudniu do Barafu Camp, skąd za kilka godziny o północy wyruszymy by zdobyć szczyt.

Barafu Camp – 4673 m. n.p.m.

Jest godzina ok. 18:00 jak jesteśmy na miejscu. Czekamy na kolację, pakujemy się na nocne wyjście. 19:00 kolacja do ok. 20:00 i mamy jakieś 3h snu, by o 23:30 spotkać się z całą grupą i ostatni raz przygotować się na atak na szczyt.

Północ, Sylwester

Śpiewy i wesołe okrzyki wszystkich wokoło. Składamy sobie życzenia i 5 minut później idziemy w górę by dalej zdobywać Kilimanjaro. Patrzę na naszą trasę i widzę autostradę czołówek. Tłumy!

Wyjściu z obozu towarzyszą nam pieśni porterów, co było tak wzruszające, jak i motywujące. Idziemy. Niebo przepięknie gwiaździste, ale trzeba patrzeć pod nogi, więc niezbyt mogłam się nacieszyć tym widokiem. Zaczyna wiać. Ale tak naprawdę solidnie. Zakładam jedną, drugą, trzecią warstwę ubrań. Trasa niezbyt trudna, ale wieje i zimno.

Noc. Miałam wrażenie, że ona nigdy się nie skończy. Na postojach pijemy herbatę, a mnie ręce tak się trzęsą, że musiałam się skupiać na tym by jej całej na siebie nie rozlać. Nigdy, ale to nigdy nie zmarzłam tak jak tej nocy. Miałam 7 warstw ubrań (na Elbrusie przy -25 miałam 6!) Nigdy też tak bardzo nie marzyłam o wschodzie słońca jak wtedy.

po Kilimanjaro

W trakcie ataku na szczyt nie rozmawiamy, nie żartujemy idąc jak zawsze mamy w zwyczaju. Skupiamy się na drodze, oddech, przede wszystkim na oddechu i jego wyrównaniu. Im jesteśmy wyżej tym bardziej tego trzeba pilnować.

Pole pole

Całą wyprawę pozdrawialiśmy się z porterami. Oni mówili do nas „Jambo jambo” (czyli  podobno coś w rodzaju, „Jak leci”) my odpowiadaliśmy „mambo poa” (podobno oznacza to „wszystko dobrze”, czy też „bardzo dobrze”). Często też słyszało się „pole pole” co oznacza powoli powoli. Mówią tak, ponieważ nie trudność trasy jest tutaj wyzwaniem, a aklimatyzacja. Trzeba iść wolniej, żeby organizm mógł się przystosować do wysokości i mniejszej ilości tlenu.

Uhuru Peak – 5895 m. n.p.m.

Kiedy o 6:00 rano wzeszło słońce miałam łzy w oczach. Ten wiatr i noc sprawiały, że miałam wrażenie, że to się nigdy nie skończy. Szłam i szłam i końca nie było widać. Słońce dało mi nadzieję.

Potem już było tylko lepiej.

Dochodzimy do Stella Point 5756 m n.p.m., ale to jeszcze nie ten oficjalny najwyższy szczyt. Do tego najwyższego jeszcze jakaś godzinka. O 8:30 docieramy do Uhuru Peak. Kilka oficjalnych zdjęć pamiątkowych i… czas zacząć Sylwestra!

po Kilimanjaro

No tak! W końcu pojechałam właśnie po to by świętować Nowy Rok na szczycie.

Razem z Anią, Aldoną, Asią, Olą i Mateuszem zaczynamy się rozbierać. Ku zdziwieniu wielu gapiów mamy pod spodem sukienki sylwestrowe! Mateusz wyciąga koszulę, kamizelkę, muchę i … małego szampana. Tak! Sylwester na szczycie bez niego nie liczyłby się.

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Wiać wiało dalej, więc nasze świętowanie po 5 minutach się skończyło, ale i tak było warto. Miny innych – bezcenne, a my mamy fajne wspomnienia.

po Kilimanjaro

po Kilimanjaro

Widoki na szczycie

Szybko w dół

O 12:00 byliśmy już z powrotem w naszym startowym obozie. Zmęczeni, szczęśliwi, ja w końcu odtajałam po wymarznięciu w drodze na szczyt. Po obiedzie i krótkiej drzemce pakujemy rzeczy i schodzimy do obozu niżej.

po Kilimanjaro

Następnego dnia jesteśmy już na dole. Rany! Jak zimno piwo smakuje w takich okolicznościach! Nie jestem piwoszem, ale wtedy smakuje mi najlepiej!

Wieczorem oficjalna kolacja z pieczoną kozą w tle (wyjątkowe danie dla Tanzańczyków) i szykujemy się na safari.

po Kilimanjaro

Czy było warto?

To był wspaniały wyjazd, choć muszę przyznać, że dla mnie za szybki. Zdecydowanie bardziej pasował mi Kazbek, kiedy mogliśmy poobcować z tymi górami. Obudzić się wśród nich, posiedzieć w ciągu dnia i popatrzeć na nie. Trekking jest fajną formą wyjazdową, ale raczej nie moją ulubioną.

153 687 kroków w drodze na Kilimanjaro, to konkretniej kroki Jarka – jednego z uczestników naszej wyprawy. Ponad 80 000 w górę i reszta w dół.

Ten wyjazd pokazał mi, że wole spokojniej spędzać czas w górach. Pobyć z nimi, popatrzeć na nie, nawet pomarznąć (niekoniecznie od wiatru). W każdym razie gorąco polecam i już myślę o kolejnych wyjazdach.

 

Kazbek i Elbrus – wspomnienia z mojej pierwszej wyprawy górskiej

Kazbek i Elbrus – wspomnienia z mojej pierwszej wyprawy górskiej

Celem na ten rok miał być Mont Blanc. Planowałam wyjazd z Polskim Związkiem Alpejskim. Na kilka dni przed tym, jak miałam zarezerwować miejsce, na Facebooku koleżanka napisała, że szuka chętnych na trekking na Kazbek i Elbrus… I tak zmieniły się moje plany.

To był mój pierwszy wyjazd górski tego typu. Namioty, jedzenie żywności liofilizowanej. Zastanawiałam się jak to będzie. Jak logistycznie uda mi się spakować cały sprzęt, a potem go nosić ze sobą. Oczywiście o kąpielach nawet nie myślałam, ale wizja mokrych chusteczek jako jedyny sposób na higienę osobistą też mnie jakoś nie przekonywała. W praktyce okazało się, że nie było tak strasznie. I chociaż przez 16 dni wyjazdu w sumie myłam się ze 3 razy, na takiej wysokości nasze ciało zupełnie inaczej się zachowuje.

Wszystko co miałam na ten wyjazd

Tutaj już spakowane

Podobno “świeżaków” w tym środowisku można poznać po tym, jak pytają się co z potrzebami fizjologicznymi. Jak to wygląda, kiedy idziemy wszyscy związani linami, masz uprząż na sobie, jest zimno, a wokół Ciebie tylko lodowiec i nie ma krzaczka by się schować. Teraz wiem, że tam to jest najmniejszy problem. I w sumie nic tak skutecznie grupy nie integruje, jak ludzkie potrzeby.

To był też mój pierwszy wyjazd od ośmiu lat na dłużej niż 6 dni, gdzie nie miałam dostępu do Internetu, a telefon miałam ustawiony na flying mode, tak by móc robić nim tylko zdjęcia. Zero smsów, social mediów, totalnie ja, góry i uczestnicy wyjazdu.

I już teraz wiem, że to było najlepsze co, mogło mnie spotkać. Pozbawiona bodźców mogłam cieszyć się tym wspaniałym doświadczeniem, widokami i ludźmi wokoło. Nie pamiętam kiedy wróciłam tak wypoczęta, zrelaksowana i szczęśliwa. Szczęśliwa, bo nagle zrozumiałam, że mam wszystko! Wszystko by być szczęśliwą, że otaczają mnie wyjątkowe osoby i wszystko jest na czas.

Gruzja, Kazbek – pierwsze podejście

Kazbek porównałabym do kobiety z PMS – zmienna, wymagająca i trudna do przewidzenia.

Kiedy przyjechaliśmy padało okrutnie! Zatrzymaliśmy się w hotelu w Kazbegii by następnego dnia wyruszyć na nasz pierwszy obóz „nad rzeką”. Zaklinałam rzeczywistość by rano obudziło nas słońce – i udało się! Poranek, piękne widoki, wspaniała trasa, rozmowy z nowopoznanymi osobami.

Rozmowy o górach. Naszym doświadczeniu, kondycji, tych zabawnych i groźniejszych wpadkach w górach.

Potem pierwsza noc w namiotach, szybkie śniadanie i idziemy już pod Meteo na wysokość 3650 m n.p.m. Część z nas zaczęła już brać wtedy duramid – lek, który ma nie dopuścić do choroby wysokościowej. Poranek, kiedy widzisz siebie w małym podręcznym lusterku spuchniętą jak ziemniak, to znak za mało piłaś dzień wcześniej (Na wysokościach picie dużej ilości wody jest konieczne, a duramit jeszcze to potęguje). Po drodze do Meteo przechodzimy przez lodowiec, gdzie gęsiego idziemy za naszą liderką Jadzią. I tak 23 osoby w sumie dawały niezłą gąsienicę.

W drodze do Meteo

Koło południa docieramy do Meteo, gdzie rozbijamy swoje namioty. Przestrzeń, z której pięknie widać Kaukaz i gruziński krajobraz. W sumie spędziliśmy tam 4 noce zdobywając aklimatyzacje, czekając na pogodę, rozmawiając, śmiejąc się prawie cały czas. Kiedy w nocy padało i mocno wiało, a namiot przytrzymywały nam kamienie by nie odleciał, zakrywałam się śpiworem i udawałam, że tego nie słyszę – zwykle pomagało. Od razu usypiałam.

Obóz pod Meteo

Z Asią, moją tent mate

Termin wyprawy o tyle mi też pasował, że przypadał na dzień moich urodzin. Lubię ten dzień spędzić inaczej każdego roku. W tym roku było naprawdę wyjątkowo.

Dzień wcześniej negocjowałam z jednym z gruzińskich przewodników, żeby przynieśli nam do Meteo wino i czacze na moje urodziny. Nie mówił po angielsku, ale mówił po rosyjsku… więc miałam okazję przypomnieć sobie to, czego uczyłam się w liceum i na studiach. Zawsze wierzę, że każda wiedza nam się kiedyś przyda, jak widać teraz okazała się wyjątkowo użyteczna 😉 Następnego dnia na koniach przyniesiono mi w sumie trzy litry pysznego czerwonego gruzińskiego wina (może to za sprawą wysokości, ale naprawdę bardzo nam smakowało)  i litr czaczy. Dostawa przyjechała na ok. 12, więc niewiele czekając zaczęłyśmy z Asią (moją towarzyszką namiotową, moją „tent mate”) świętowanie. I tak jedna, druga, trzecia osoba i finalnie w naszym dwuosobowym namiocie było nas ośmioro.

To był wyjątkowo rozśpiewany namiot i na całym polu wszyscy wiedzieli, że mam urodziny. Ok. 15/16 imprezę zakończyliśmy, bo w nocy planowaliśmy w końcu zdobyć nasz upragniony szczyt.

Rozpoczęły się przygotowania, rozmowy czy pogoda dopisze, co trzeba spakować i jak, by szybko się w nocy zebrać i wejść na górę, a warunki wcale nie zapowiadały się najlepiej…

Atak szczytowy

Zebranie o 1:00 rano i dyskusja, co robimy. Wiatr, deszcz a grupa naciska. Chcemy iść i spróbować. W końcu decyzją Karola (drugiego lidera) i Jadzi oraz gruzińskich przewodników mamy poczekać do 3:00 i wtedy spróbować. Ma się wszystko wyciszyć.

3:00 wszyscy zniecierpliwieni czekamy. W końcu kilka minut po zbieramy się. Ciemno, z czołówkami idziemy pełni emocji: stresu, adrenaliny, a ja przede wszystkim ciekawości.

Pogoda była dobra, ale grupa duża. Dość często przerwy, postoje, a po tym jak związaliśmy się linami w pewnym momencie, wszystko jeszcze bardziej się wydłuża. W międzyczasie wschód słońca i zimno.

A ja… no cóż… zaczynam nie czuć się zbyt dobrze. Generalnie zaczęłam mieć problemy jelitowe, co wcale nie było komfortowe. W końcu tuż przed wejściem na lodowiec, kiedy Karol pyta się czy ktoś chce wrócić odzywam się, że ja. Nie byłam w najlepszej formie, więc wolałam nie ryzykować. Rezygnuje też Kasia i Karol wraca z nami do Meteo.

Nie wiem kiedy się gorzej czułam, czy kiedy niezbyt dobrze było z moim zdrowiem czy teraz wycofując się… Pół godziny potem Karol zdzwania się przez telefon satelitarny z Jadzią, która dalej szła i mówi, że ze względu na pogorszenie pogody wszyscy zawracają. Z jednej strony było mi ich szkoda, a z drugiej poczułam troszkę ulgę… że nie będę jedyna z Kasią, która nie weszła.

Po nieudanym ataku szczytowym w zespole panuje okropna atmosfera. Pakujemy nasze rzeczy i wracamy do Kazbegii. Żal, złość, poczucie nie zrealizowanego celu czuć mocno. Wieczorem wychodzimy wszyscy na kolację i tam, ktoś zaczyna przebąkiwać, że gdyby tak szybko zdobyć Elbrus i wrócić na Kazbek? Wtedy wydawało się to nierealne, ale życie potrafi zaskakiwać!

Elbrus

Wstajemy rano, pakujemy się do busów i jedziemy do Rosji. Po drodze piękne widoki gór, krowy na mostach i ciąg dalszy historii o górach. W sumie to o niczym innym na takich wyjazdach się nie rozmawia… 😉

Niestety jedziemy o 4 osoby mniej, które z różnych powodów zrezygnowały z dalszego wyjazdu. Na miejscu dowiadujemy się, że wejście odbędzie się szybciej niż było wstępnie planowane.

Dojechaliśmy na miejsce w sobotę, atak szczytowy wstępnie planowany był z poniedziałku na wtorek. Teraz nasi liderzy powiedzieli nam, że wykorzystamy okno pogodowe jakie, było z niedzieli na poniedziałek. Miałam wrażenie, że negatywne emocje, które wisiały w powietrzu, nagle runęły na ziemię i rozpadły się na kawałki. Wszystkim od razu poprawił się humor.

Następnego dnia rano wjechaliśmy kolejką na wysokość 3850m n.p.m. i niedługo potem mieliśmy wejście akilmatyzacyjne do skał Pastuchowa (4800 m) i szybciutko powrót, bo w nocy atak szczytowy.

Wtedy podczas obiadu powiedziano nam, że jest opcja wjazdu ratrakiem w nocy do skał Pastuchowa po to, by uniknąć zimna i zwiększyć szanse na wejście. Ja po nieudanym wejściu na Kazbek miałam postawę minimalizować ryzyko nie wejścia na kolejną górę, więc od razu zgodziłam się.

Grupa podzieliła się na tych, którzy zdecydowali się wchodzić i tych, którzy wjeżdżają ratrakiem. Ta pierwsza wychodziła wcześniej, my mieliśmy ok.2h zapasu na podejściu przez to i mogliśmy ciut dłużej zostać w schronach.

Atak szczytowy

Elbrus to inna góra niż Kazbek. Teraz mogę napisać, że nudna. Po prostu idziesz pod górę na śniegu. Na początku mocno trawersujesz i to ciekawy widok, kiedy patrzysz na inne grupy idące po ciemku z czołówkami. Jest jednak bardzo zimna. Kiedy my na nią wchodziliśmy podobno było -24 stopnie i wiał wiatr ok. 40km/h.

Przerwa. Wygrzewamy się na słoneczku – mam na sobie sześć warstw ubrań

Ja miałam na sobie sześć warstw, które w zależności od tego czy byliśmy na słońcu czy w cieniu gór albo ubierałam, albo zdejmowałam.

Cała akcja szczytowa trwała ok. 6,5h w górę. Były momenty zastanawiałam się co ja właściwie robię. Po co mi to wszystko, to męczenie się, ale to standard. W górach nie ma miejsca na plany przejęcia władzy nad światem. Większość czasu pod górę liczyłam: 1,2,3… albo myślałam: lewa, prawa. Tak było łatwiej i szybciej mijał czas. Wolałam patrzeć na stopy osoby przede mną niż widzieć jak daleko jeszcze na szczyt. Po drodze na śniegu różne rzeczy można zobaczyć, ale o tym wolę nie pisać…

Kiedy chodzę pod górę nie lubię rozmawiać. Wolę się skupić na tym gdzie i jak postawić stopę, obserwować otoczenie.

Szczyt

Chyba już na zawsze zapamiętam słowa Piotrka: „No! W Europie wyżej się już nie da!”. Uczucie wspaniałe, a widoki piękne. Udało się i pogoda nam wyjątkowo mocno dopisała.

Kiedy teraz myślę o tym, to Elbrus nie był dla mnie tak trudną górą. Zejście jednak dało mi popalić. Nie spałam w nocy i byłam już zmęczona. Miałam dość. Na szczęście była też możliwość zjeżdżania na pośladkach, którą wykorzystałam. Od pewnego momentu trasa jest tak fajna, że można usiąść i zjechać – szkoda, że nie mieliśmy pewnie dobrze Wam znanego „jabłuszka”. Troszkę wytarłam spodnie, ale niech mają swoją historię!

Cała trasa w dół to był jeden cel: gorący prysznic w hotelu na dole! Szczęśliwi, super zadowoleni chcieliśmy jak najszybciej zjechać kolejką i wykąpać się. Wyobrażałam sobie te ciepłe strumienie wody na przemarzniętym ciele… Jednak życie znowu nas zaskoczyło. W całej miejscowości była awaria i przez najbliższe trzy dni miało nie być ciepłej wody!

Takie niespodzianki na pożegnanie Rosja nam dała. Asia (mój tent mate) załatwiła czajnik z hotelu, kilka osób gotowało wodę w jetboilach. I tak z prysznica została nam miska, w których się myliśmy.

Wieczorem, wrócił temat Kazbeka…

Podzieliliśmy się na osoby, które chcą spróbować jeszcze raz i te, które wracają do Kazbegii, a potem do Tibilisi, gdzie będą zwiedzać okolicę.

Ja zdecydowałam, że nie odpuszczę i spróbuję. W sumie było nas 9 osób, które postanowiły zrzucić się jeszcze raz na przewodnika i konie, które wniosą nasze rzeczy.

Kazbek po raz drugi

Wróciliśmy! Tym razem wejście pod Meteo „wciągnęliśmy nosem”. Po raz pierwszy doświadczyłam jaką energię i wydolność daje aklimatyzacja!

Jeden dzień na odsapnięcie i kolejnego dnia o 1:00 wyruszamy. Znowu ten sam początek, ta sama morena, te same emocje. Ja „zabezpieczona” stoperanem. Źle zrobiłam, że na fali radości otwarłam maila dzień wcześniej i przeczytałam czego nie powinnam przez co mocno mi się humor zespół, ale na szczęście mogłam liczyć na wsparcie członków wyprawy.

Z Olą na szczycie Kazbeka

Kazbek to bardzo ciekawa góra i ciekawa trasa. Po drodze z Meteo mamy morenę i spadające kamienie, lodowiec ze szczelinami. Jest dużo większa różnorodność, ale też niebezpieczeństwo. Tutaj idziemy związani linami, bo „Kazbek nie lubi singli” jak czytamy na ogłoszeniach w Meteo.

Zdobywamy szczyt nawet nie wiedząc kiedy. Mgła była tak duża, że niestety widoki ze szczytu możemy sobie tylko wygooglować. Mimo to satysfakcja level max! Za drugim razem, ale szczyt zdobyty.

A ja… znalazłam partnerów na kolejne wyjazdy. Bo jak się okazuje mocno się zgraliśmy i mamy apetyt na więcej wspólnych stoków.

KAZBEK I ELBRUS – WSPOMNIENIA Z MOJEJ PIERWSZEJ WYPRAWY GÓRSKIEJ

Nasz wspaniały team

Co wiem, że lubię w takich wyprawach?

Ludzi! Tam nikt nie mówi o pracy, bo każdy jest z innego środowiska. Liczy się tylko wspólny cel – zdobyć szczyt i miło spędzić czas. Wszyscy siebie wspieramy, pomagamy sobie i dzielimy co mamy.

Byłam na pierwszej komercyjnej wyprawie dla mnie i pewnie nie ostatniej. Wygodnie jest myśleć tylko o tym by iść, jeść i spać, prawie jak w dobrze znanej piosence…

Ta wyprawa dosłownie pokazała mi co często się słyszy. To nie szczyt czy też sam cel jest ważny, tylko droga jaka na niego prowadzi. Z wyjazdu chętniej wspominam czas spędzony z innymi niż tylko czubek góry. Na Kazbeku byliśmy bardzo krótko. Wiało, była mgła, chcieliśmy jak najszybciej z niego zejść. Elbrus, było pięknie, słonecznie. Obca cele osiągnięte, ale to, że je zdobyliśmy w tak fajnej atmosferze tylko podnosi zadowolenie. Gdybym miała cały wyjazd kamień w bucie, który mnie uwiera z pewnością wejście na szczyt nie dałoby mi tyle satysfakcji.

Dziękuję za zdjęcia: Oli, Mateuszowi, Robertowi. Wykorzystałam też kilka z profilu na Facebooku „Adventure24”

Kilka słów o otwartości na świat

Kilka słów o otwartości na świat

Kiedyś nie mogłabym napisać tego co za chwilę przeczytacie. Myślę, że wszystko zmienia się z wiekiem. Dorastamy, nabieramy dystansu do tego co wydarza się w nim. Ja nauczyłam się przyjmować to, co mi się wydarza. A przede wszystkim cieszyć się tym. To chyba ta słynna otwartość. 

Na początku grudnia, dołączyłam do weekendowego wyjazdu bardzo sympatycznej grupy przyjaciół z Wrocławia. To budujące obserwować tak zgranych ludzi, których łączy pasja do aktywnego stylu życia i chęć wspólnego spędzania czasu. W liczbie 55 osób pojechaliśmy do Zieleńca by uczyć się lub jeździć na snowboardzie.

Kilka słów o otwartości na świat

Ja byłam w tej pierwszej, uczącej się grupie. Miałam szansę spróbować swoich sił na jednej desce i w sumie nie wiedziałam czy mi się spodoba czy nie. Na szczęście wróciłam zachwycona! Wielkie gratulacja dla Kamila Paśko, za to jak prowadzi takie wyjazdy i uczy nas jazdy na stoku!

Wyjazd rozpoczął się w piątek wieczorem i potrwał do niedzieli. Aktywny weekend, w trakcie którego mieliśmy już umieć zjeżdżać, skręcać i ogólnie nieźle sobie radzić. Piątek i sobota minęły bardzo szybko. W niedzielę między 10:00 a 12:00 mieliśmy czas na to, aby potrenować wszystko, czego dowiedzieliśmy się we wcześniejsze dni. Po 13:00 Kamil miał sprawdzić jak nam idzie i korygować ewentualne błędy.

I tutaj dla mnie zaczęły się schody, bo okazało się, że skręcanie z backside’u na frontside nie wychodzi mi najlepiej. Co chwilę upadałam i mimo, że bardzo starałam się wykonywać wszystko zgodnie z zaleceniami Kamila – nie szło mi i lądowałam na ziemi.

Kilka słów o otwartości na świat

I wtedy, kiedy tak siedziałam na śniegu zła na siebie i to, że mi nie wychodzi podjechał do mnie kolorowo ubrany mężczyzna. Zielono-niebieski strój, zielono-niebieski kask z rogami sprawiły, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Powiedział, że jest tutaj sam i chętnie mi pomoże w nauce jazdy.

Początkowo nie wiedziałam czy się zgodzić, ale stwierdziłam – co tam! Spróbuje!

Zaczął mi od nowa wszystko tłumaczyć, ale kiedy powiedziałam, że ja chce skręcać i na tym mi najbardziej zależy powiedział, nie ma problemu. I tak, zjechaliśmy ze 2 razy wspólnie ze stoku. Wjeżdżałam w jego ślady, słuchałam wszystkich uwag, korygowałam na bieżąco techniczne błędy. Efekt? W końcu umiem! Co prawda jeszcze pewnie nie raz upadnę i sporo godzin na stoku przede mną.

To co dla mnie najważniejsze jest w tym momencie to Damian, albo Dariusz (niestety nie pamiętam teraz imienia) uświadomił mi, że warto przyjąć co wydarza się w naszym życiu. Kiedyś pewnie bym powiedziała: “Spadaj, sama sobie poradzę!” I bym się męczyła, frustrowała, z niewiadomo jakim skutkiem.

Mój nauczyciel ze stoku pokazał mi, że wokoło jest mnóstwo ludzi, którzy chętnie nam pomogą. Wystarczy się na to otworzyć i cieszyć tym. Bo zjeżdżając z nim mieliśmy mnóstwo śmiechu, a na koniec satysfakcję, że nauka dała efekty. Często pewnie nie zauważamy tych pomocnych dłoni, dobrych rad, które mogłyby ułatwić nam życie. Tak bardzo pędzimy zajęci realizacją celów, postanowień noworocznych, że dopiero po jakimś czasie (jeżeli wogóle) zauważamy ile mieliśmy okazji, dobrych duszków, wspaniałych nauczycieli na swojej drodze.

Szczególnie jeżeli prowadzisz firmę możesz mieć wrażenie, że jesteś w tym wszystkim sam/sama. Ja już nie raz doświadczyłam takich sytuacji kiedy otrzymałam pomocną dłoń od innych. Nie zawsze umiałam je przyjąć. Teraz cieszę się na każdą i sama staram się taką osobą być.

A z Kamilem i jego grupą mam nadzieję, że jeszcze nie raz gdzie pojadę 🙂

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Trudno mi powiedzieć ile dokładnie znam Basię Stawarz. Myślę, że z pięć lat… To osoba wyjątkowo barwna, wesoła, która nie wpisuje się w istniejące schematy. Uparta i ambitnie dążąca do wybranego celu. Jest często na nim tak bardzo skupiona, że potrafi wiele poświęcić dla jego osiągnięcia.

Niedawno wróciła z ośmiomiesięcznej podróży, na którą zdecydowała się w najbardziej zaskakującym dla wszystkich momencie. Jej wcześniejsza firma – Content King – świetnie sobie radziła, ona była zasypywana propozycjami.  I nagle, niemal z dnia na dzień pakuje rzeczy i wyjeżdża w daleki świat.

Dziś zapraszam Was do rozmowy jak zmienił ją ten wyjazd, jej postrzeganie życia i zarabianie na życie.  Basi sposób jak z piątego biegu wrzucić na luz…

Zapraszam do lektury.

Anita Kijanka: Basiu, jesteś na imprezie rodzinnej, jak opowiadasz rodzinie czym się zajmujesz, na czym polega Twoja praca?

Barbara Stawarz: Myślę, że większość naszej branży ma problem z tym, żeby wytłumaczyć naszym rodzicom, a już dziadkom tym bardziej, czym się zajmujemy. Moja babcia ma ulubione określenie. Za każdym razem jak siedzę przy komputerze i ona wchodzi do pokoju, patrzy i mówi „Acha, piszesz. Dobrze to Ci nie przeszkadzam”. Dla niej każdy kto siedzi przy komputerze zajmuje się pisaniem i nie należy mu przeszkadzać. A ponieważ zajmuję się content marketingiem, to najłatwiej może to wytłumaczyć właśnie tak, że piszę?

Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

Najbardziej lubię widzieć efekty przekazanej wiedzy, czy zainspirowania, zmotywowania kogoś. Nie samo wgryzanie się w dziedzinę content marketingu, tylko przekazywanie tej wiedzy dalej. Czy w pracy consultingowej w firmach, czy edukacyjne na szkoleniach i uczelniach. Najwięcej satysfakcji sprawia mi już ten owoc pracy i praca z ludźmi. To poczucie, że to ma sens jest dla mnie budujące i motywuje do działania.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Dlatego napisałaś książkę, między innymi o content marketingu?

Tak, napisałam książkę z kilku powodów. Pierwszym na pewno było to, że chciałam zebrać w jednym miejscu wszystkie tematy dotyczące content marketingu, którymi się zajmowałam. A drugim powodem na pewno było to, żeby osoby zainteresowane tym tematem, mogły bez wertowania internetu sięgnąć do książki i działać samodzielnie. Nie każdy ma okazję albo chęć przychodzenia na szkolenia, na konferencje, a po książkę jest sięgnąć w miarę łatwo.

Ale mówi się, że ludzie nie czytają książek? Myślisz, że faktycznie tak jest? Skoro zdecydowałaś się na taki krok.

No nie czytają, nie będę tu polemizować z danymi. Nawet jak kupujemy, co już jest domniemaniem, że jednak czytamy, to i tak często nie czytamy, tylko te książki mamy. Jestem też przekonana, ba, wiem, że sporo osób ma moją książkę i nigdy jej nie czytało. Sporo moich koleżanek mnie zaskoczyło wysyłając mi zdjęcie książki, chociaż wiem, że kompletnie im się do niczego nie przyda, ale mają, więc to bardzo miłe.

Nie czytamy książek, które są czytane dla przyjemności. Czytamy jednak książki, które mają sprawić, że będzie nam w życiu lepiej. Content marketing to jest to, co albo da nam więcej pieniędzy w biznesie, albo zbuduje naszą markę osobistą, więc to jest książka bardzo użyteczna. A my, tak jak nie lubimy dzisiaj tracić czasu na spędzanie go z ludźmi, bo uważamy, że to nie jest inwestycja, która się zwróci, tak nie lubimy czytać książek, które też się nam nie zwrócą. Ile osób czyta dziś poezję?

„Content marketing po polsku” to jest książka biznesowa, dlatego ona jest poniekąd inwestycją, ale brutalna prawda jest taka, że tam gdzie nie ma zwrotu z inwestycji, tam coraz częściej nie ma nas.

To powiedz mi, jak na Ciebie wpłynęła ta książka? Bo też to była inwestycja czasu, pewnie jakiś środków. Jak ta książka zmieniła Twoje życie?

Napisanie książki przekłada się na markę osobistą, więc na pewno miałam więcej pracy i jeszcze mniej czasu. Z jednej strony to jest bardzo pozytywne, ale z drugiej strony przyczyniło się też do tego, że potrzebowałam dosyć długiej przerwy od tego biegu, od tego pędu. Na pewno polecam napisanie książki każdemu, kto chce zaklepać sobie miejsce w danej dziedzinie dając tym znak: tak, jestem tutaj, zajmuję się tym, to jest temat na którym się znam. To bardzo się sprawdza w budowaniu marki osobistej.

Teraz zaczniemy wątek właśnie Twojego wyjazdu. Przed wyjazdem miałaś taki szalony czas: dużo pracy, wydałaś książkę, mnóstwo konferencji, publikacji, materiałów, szkoleń. Jak wspominasz tamten czas teraz?

Myślę, że tutaj dość Cię zaskoczę, dlatego, że jak patrze na tamten czas po powrocie to bardzo siebie doceniłam. Widzę, że wtedy, zapytana o to ile pracuję, kiedy mam na to wszyscy czas, machałam ręką i mówiłam „no jak to, po prostu dyscyplina, kalendarz, zadaniowość, jest cel, jest jego realizacja – nic nadzwyczajnego”. I byłam sobie takim robocikiem, który realizował te wszystkie cele po kolei.

Ale też wiem, że nie zmarnowałam tego czasu i po podróży bardzo doceniłam to, co zrobiłam, bo też dzięki temu mogłam wyjechać. Mogłam sobie zrobić taką dłuższą przerwę i myślę, że póki co, czuję, że wróciłam bezboleśnie. Ludzie, którzy chciałabym, by o mnie pamiętali — pamiętają. To ważne i miłe bo przecież wróciłam, by dalej rozwijać się, działać i pracować. I nawet miałam w podróży kilka razy moment, że brakowało mi tego. Przed wyjazdem jednak nie widziałam w ogóle ile pracuję, a teraz z perspektywy czasu to widzę i bardzo też to doceniam.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

A gdybyś musiała porównać Basię sprzed roku, jest teraz październik dwa tysiące szesnaście z Basią sprzed października dwa tysiące piętnaście? Czym się różnicie, i czym będzie się różnił Twój personal branding? Bo domyślam się, że jest teraz inny.

To najpierw może ta różnica, czym się różnimy. Na pewno różnimy się podejściem do czasu.

Sama też wiesz, że kiedyś potrafiłam być w kilku miejscach jednocześnie, kiedy czułam, że to jest ważne i potrzebne, a dzisiaj patrze na to ze zdziwieniem. Ważne, potrzebne? Serio?

Kiedy widzę pusty dzień w swoim kalendarzu to zostawiam go celowo, żeby to był dzień spokojny, żeby to był dzień który się sam zapełni. Kiedyś takich dni nie było. Dzisiaj nie buduję tak swojego kalendarza, więc to się najbardziej różni – moje podejście do czasu.

Teraz branding…

Tak, branding Basi teraz, a wcześniej.

Nie  wydaje mi się żebym przybrała tutaj jakąś inna strategię, dlatego, że, zawsze to powtarzałam, bardzo wierzę w autentyczność marek osobistych. Tak jak wcześniej byłam takim trochę demonem pracy i rzeczywiście tego było sporo, tak teraz czuję, że po podróży zmieniłam się i zwolniłam, więc to na pewno będzie odczuwalne.

Ważniejsze stały się dla mnie tematy społeczne, ważniejszy stał się dla mnie marketing wartości. Bardzo zwracam uwagę na etykę w marketingu, na społeczną odpowiedzialność biznesu, więc na pewno też będę kłaść nacisk na to, żeby te tematy pogłębiać i promować. Chcę mówić o tym, że to jest ważne, że dzisiaj marketing tylko taki, który pomaga ulepszać świat ma sens. Marketing, który jest bliżej konsumenta.

Miałam Cię zapytać, czym się będzie różniła Twoja nowa firma od wcześniejszej. Czy coś jeszcze uzupełnisz czy tak właśnie, tym się będzie różnić?

Na razie nie mam zamiaru rozwijać firmy w kierunku agencyjnym. O ile wcześniej była to agencja content marketingowa i działalność typowo usługowa, to na razie mam zamiar skupiać się na edukacji i na pracy wewnątrz firm, na pracy z klientami, a nie na usługach. Zobaczymy czy ten kierunek się sprawdzi, jak nie to będę „pivotować” jak startup 😉

Teraz wróćmy jeszcze na chwilę do grudnia zeszłego roku, kiedy zamknęłaś pewien rozdział, trzasnęłaś drzwiami, spakowałaś się (podziwiam Cię, bo ja mam duży problem ze spakowaniem się na tydzień, nie mówiąc już o pakowaniu się na kilka miesięcy) i co czujesz?

Och, jaką ulgę… Pamiętam ten moment kiedy zamknęłam piwnicę i w niej było całe moje życie. Spojrzałam na te wszystkie rzeczy, które zostawiam, z pełną świadomością, że jak wrócę, to pewnie kompletnie nie będę pamiętać co tutaj jest i gdzie. Oczywiście jak wróciłam, to nie pamiętałam. Ale wtedy, jak wyjeżdżałam, to była taka wielka ulga, że teraz tego wszystkiego już nie potrzebuję, to nie jest całe moje życie – teraz moje całe życie jest tam, gdzie jestem ja i to jest najważniejsze.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Zobacz, osiągnęłaś tak dużo, napisałaś książkę, byłaś na samym szczycie, w pewnym momencie i jeżeli chodzi o personal branding i skojarzenia z content marketingiem. Mówili, że content marketing się skończył bo wyjeżdżasz. Nie bałaś się zostawić tego wszystkiego? Na pewno wiele osób Ci mówiło o swoich lękach i mówiło Ci “jak możesz?”. A Ty wyjeżdżałaś.

No tak, absolutnie tutaj masz rację, bo po pierwsze wyjechałam i odeszłam też z firmy w najlepszym momencie z możliwych. To znaczy w najlepszym momencie zawodowym jaki mogłam sobie wymarzyć. Nie narzekałam na brak propozycji, no na nic. Tak naprawdę świetny czas zawodowy, a ja mówię, że „Hola, hola! To ja teraz rzucam wszystko i wyjeżdżam”. No i tak też w życiu moim bywa, że lubię sobie powywracać do góry nogami, a później znowu budować od początku.

Wszyscy się dziwili – to na pewno. Myślę, że to było zdziwienie, ale czułam, że jak tego nie zrobię, to zacznę działać trochę wbrew sobie. Też mam wrażenie, że w pewnym momencie zaczęłam wchodzić w nie swoje buty. A czy się nie bałam? Bardzo się bałam, bałam się wszystkiego.

Bałam się i podróży i wszystkich lotów, które przede mną i wszystkich złych ludzi, których mogę spotkać. Strach ma wielkie oczy. I oczywiście bałam się tego co będzie po powrocie.

Wszyscy mi powtarzali, którzy wyjeżdżali, że przed wyjazdem nie ma sensu myśleć w ogóle o tym co będzie po powrocie. Ale strach był ogromny – chociaż sama przed sobą się do niego starałam nie przyznawać.

Wiele osób też mówiło „o wspaniale, wielomiesięczna podróż, też bym tak chciał”. A uważam, że wcale nie, że większość osób wcale by tak nie chciało. Gdyby chciało, toby zrobiło. To nie jest aż tak trudne. Ale jest to naprawdę takie wyjście poza wyświechtaną strefę komfortu. Wszyscy o tym mówią, ale co to jest? Gdzie to jest? Sam fakt, że przez wiele miesięcy nie wracasz do swojego miejsca, do swojego łóżka. Jest się jak taki żółw, który się przemieszcza i trzeba wszystko znaleźć w sobie. Nie w ludziach, którymi się otaczamy, nie w przedmiotach, które mają nam coś dać. Po prostu całą sobą jesteś siłą i oparciem dla siebie. Czasami przeciwko całemu światu, który codziennie wychodzi na spotkanie i niekiedy z torbą obitych jabłek w dłoni.

Jak teraz zastosujesz tę wiedzę, którą zdobyłaś o sobie, o tym co przeżyłaś w trakcie tych podróży w codziennym życiu? I czy myślisz, że to się przełoży na Twój biznes czy nie?

Jest bardzo dużo rzeczy, które mi ta podróż dała, ale też starałam się w tym czasie od biznesu odciąć. Więc widzisz – pytasz o zwrot z inwestycji jaki mam z tej podróży.

To znaczy chodzi mi bardziej o to, czy pewne rzeczy, które odkryłaś w sobie podczas podróży, których wcześniej sobie nie uświadamiałaś pracując intensywnie, nagle widzisz i stwierdzasz, „dobra, teraz taka będę”, bo tak będzie bardziej moje, bo na przykład się zmieniłaś.

Tak, na pewno wiele się zmieniło poprzez doświadczanie, bo tylko w taką zmianę wierzę. Nie w powiedzenie sobie – będę taka. Ale nie patrzyłam na tę podróż jako na coś, co mi coś da, jakaś podróż w głąb siebie, poszukiwanie czegoś, kogoś. Zupełnie nie. Ja po prostu chciałam wyjechać, odpocząć, czegoś doświadczyć i wrócić. Ale widzę, że odkąd wróciłam bywam bardziej złośliwa, taka trochę bezczelniejsza, a może bardziej asertywna? Myślę, że pewniejsza siebie i doroślejsza, dojrzalsza. Nie wiem czy tego oczekiwałam, he he, ale to chyba bierze się z dużego dystansu, którego nabrałam do bardzo poważnych #problemówpierwszegoświata.

Na pewno czuje się o wiele, wiele silniejsza i nie wiem czy mi to pomoże, czy bardziej zaszkodzi.

Zadam Ci totalnie typowo branżowe pytanie – dobrze Ci znane pojęcie  FOMO, Fair of missing out. Cały czas oglądamy Facebooka, sprawdzamy maila bo boimy się, że coś stracimy a Ty, nagle, na kilka miesięcy wyjeżdżasz.

Myślisz, że nie miałam FOMO?!

Bardziej chciałam zapytać jak ono przebiegało.

Miałam ogromne i to niesamowite było tego nagle doświadczać. Od 6 lat na zajęciach ze studentami, namawiałam ich do tego, żeby się wyłączyli z Facebooka na jakiś czas i obserwowali. Niektórzy przez dwa tygodnie robili wielki detoks. Byli wtedy bohaterami roku.  Sama też to stosowałam, kiedy nie wykorzystywałam Facebooka tak intensywnie do pracy. Obserwowałam FOMO, czytałam o tym i mówiłam na zajęciach czy konferencjach.

No, ale nagle zaczęłam tego doświadczać.

Szczytem była Vipassana – dziesięciodniowe odosobnienie medytacyjne w milczeniu, bez kontaktu wzrokowego z innymi. Trudno się to opisuje słowami, jakie to jest przeżycie, kiedy nie ma dookoła nic, a okazuje się, że jest wszystko.

My tak myślimy, że właśnie wyłączenie się z serwisów społecznościowych, to naprawdę jest jakieś głębokie poczucie straty – swoją drogą też, ale do tego zaraz przejdziemy.

Ale wróćmy do FOMO. Przez pierwsze tygodnie miałam ogromne, a  później, kiedy już miałam internet, ale na przykład tak dorywczo jak na Kubie, w czterdziestostopniowym upale, z mokrymi dłońmi próbowałam coś na tym smartfonie sprawdzić. Raziło mnie  słońce, zrywało się połączenie i widzę, że się tyle dzieje, wszyscy działają i się rozwijają, a ja tu siedzę na tyłku. Co ja tu w ogóle robię?

Wiele razy nachodziła mnie taka myśl i sama musiałam się krygować i odpowiadać sobie na to pytanie – No odpoczywasz, to jest Twój czas i tak sobie postanowiłaś. Póki mi było z tym dobrze, to tak robiłam.

Ludzi musi poruszać Kuba, kiedy widzą, że wszyscy w domach siedzą i obojętnie o której godzinie nie wejdzie się do jakiegokolwiek domu czy mieszkania, to w salonie wszyscy zawsze siedzą i rozmawiają, to niespotykane.

U nas zadawalibyśmy pytanie, sama też często pytałam – czy coś się stało? Wszyscy siedzieli i rozmawiali. Oni tam po prostu nie mają co robić, więc siedzą i rozmawiają. U nas wszyscy są po kątach, gdzieś każdy coś robi, a tam siedzą i rozmawiają.

A FOMO znika po czasie, więc okazuje się, że jest do oswojenia.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Wróciłaś do Polski po podróżach i stwierdziłaś, że zakładasz jeszcze raz firmę. Co takiego jest w byciu przedsiębiorcą, że stwierdziłaś, że chcesz znowu wrócić i założyć coś własnego?

Chyba nie wyobrażam sobie dzisiaj pracy na czyichś warunkach. Kiedy pracujemy na swój rachunek, czy jako freelancerzy lub kiedy rozwijamy swoje firmy, to jesteśmy panami swojego czasu. To my wyznaczamy kierunek działania, my decydujemy kiedy i ile chcemy pracować, w jaki sposób i ile chcemy zarabiać.

Jesteśmy niezależni, samodzielni i wydaje mi się, że jak siebie poznałam w różnych modelach współpracy, to nie nadaję się ani do spółek, ani do tego żeby wykonywać czyjeś zadania. Wydało mi się to kompletnie naturalne, że przyjadę i będę robić co będę chciała. Mam nadzieję, że jak najdłużej.

To w takim razie czym będzie happy content?

Happy content… Wiesz co, kiedyś miałam bardziej emocjonalne podejście do tego, ale dzisiaj tak sobie myślę – Happy content jest nową firmą, którą sobie zrobiłam, żeby mieć pracę i żeby mieć z czego żyć i żeby mieć zajęcie i satysfakcję z pracy. To jest moja nowa praca, a że sprawia mi radość i daje satysfakcje, pozwala żyć na dobrym poziomie, to tym lepiej. Miliony ludzi na świecie mogą tylko pomarzyć o tak komfortowej sytuacji. A miliony innych nawet nie wiedzą, że taki świat istnieje. Kiedy tłumaczyłam Kubańczykom jak pracują blogerzy, to usłyszałam – to tak można żyć? W podróżach nie chodzi o to, by oglądać biedę, ale często by zrozumieć, że mamy tak wiele, a i tak marnujemy ten potencjał, którego innym nigdy nie będzie dane nawet poznać.

To kiedy kolejna podróż?

Chyba szybko… Śledzę loty, promocje, otwieram google maps… Takie stare nawyki, he he. Kilka dni po powrocie ogromnie się cieszyłam, że wróciłam, że znowu mogę rozpakować te wszystkie pudła. Przez dwa tygodnie wnosiłam wszystko z powrotem do mieszkania, układałam, cieszyłam się, że jestem na miejscu. Ale nowe plany już są, tylko na pewno, póki co, nie chcę już pakować kartonów. A jak wiadomo, z kartonami nie ma żartów.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Woodstock – Festiwal, który przytula

Woodstock – Festiwal, który przytula

Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że wezmę udział w Woodstocku –  wyśmiałabym tę osobę. To wydarzenie niespecjalnie do mnie pasowało.

Troszkę z tego powodu, że zawsze bałam się tak dużego tłumu, tego, że nie będę czuła się wystarczająco bezpieczna. Pijani ludzie, mieszanka różnych środowisk – nigdy nie wydawało mi się to zbyt komfortowe.

Wizja wszechobecnego błota, które tak często jest pokazywane w mediach, też mnie specjalnie nie zachęcała, ani wątpliwej jakości prysznice – jeśli w ogóle są.

I oto w tym roku znalazłam się w gronie uczestników tzw. „Brudstocka”! Od razu muszę przyznać, że wszystkie moje wątpliwości były bezzasadne. Opierałam się tylko na medialnych relacjach, które są bardzo wybiórcze, pokazują zaledwie fragment tego, czym jest cały festiwal. A jest czymś absolutnie rewelacyjnym.

Wszystko zaczęło się w chwili gdy powiedziałam Maćkowi Budzichowi, że zawsze chciałam, żeby tłum poniósł mnie w trakcie koncertu. Ciekawa byłam po prostu jak to jest. Nasza  rozmowa tak się potoczyła, że Maciek zaproponował, abym zgłosiła się do Akademii Sztuk Przepięknych, która co roku organizuje mnóstwo ciekawych warsztatów w trakcie Woodstocka.

I tak się też się stało. Pojechałam na festiwal z otwartą głową, bez oczekiwań. Postanowiłam nie kierować się tym, co wiedziałam o nim z mediów, a zobaczyć co przyniesie sam udział. Dodatkowo miałam poprowadzić zajęcia pod tytułem „Kobiety w biznesie”, na których chciałam opowiedzieć o tym, w jaki sposób rozkręcałam z grupą kobiet społeczność Wenusjanek. Pomyślałam, że już czas zacząć opowiadać o tym, jak my to zrobiłyśmy. Podzielić się wiedzą w zakresie networkingu.

Start Festiwalu Woodstock

Przyjechaliśmy w środę wieczorem i już na miejscu poraziła mnie liczba osób i rozbitych namiotów. Jak się później okazało, każdego dnia, aż do koncertu finałowego przybywało ich więcej i więcej. Nigdy nie widziałam tyle namiotów w jednym miejscu!

Woodstock

Do tego namioty i kreatywnie zaaranżowane przestrzenie sponsorów, stanowiska z jedzeniem, nie mówiąc o wielkim diabelskim młynie Allegro, który już z daleka był widoczny.

Już pierwszego dnia można było liczyć na sprawne wejście w klimat festiwalu. Różne przestrzenie zapewniały muzykę, pierwsze koncerty wprowadzały w nastrój. Tego dnia pogoda była idealna, a niebo gwiaździste, więc już wtedy byłam w zasadzie „kupiona”.

Poranek mógł nie nastrajać tak pozytywnie. Zaczęło padać, co w mieście nie jest miłe, a co dopiero na festiwalu, gdzie większość koncertów odbywa się na zewnątrz. Mnożąc to przez setki tysięcy ludzi na Woodstocku  nie zapowiadało się ciekawie.

Mnie jednak humor poprawiła muzyka, którą słychać było z dużego namiotu ASP ustawionego obok pola namiotowego, gdzie spałam. Radosne dźwięki z zajęć zumby sprawiały, że  zamiast być poirytowana,  wstałam w świetnym nastroju.

Co prawda za chwilę, kiedy schodziłam na śniadanie, byłam cała przemoczona, ale szczególnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz bawiła mnie cała ta aura. Luz, mnóstwo pozytywnie nakręconych ludzi, zabawne aranżacje przestrzeni jak „szafa do Narni” czy choinka udekorowana z puszek po piwie.

Mój namiot ulokowany był na górce ASP, więc za każdym razem, gdy szłam do części gastronomicznej czy też pod którąś ze scen, musiałam zejść w dół. Jak się pewnie domyślacie, deszcz zrobił swoje i niebawem nasza górka zamieniła się w błotną zjeżdżalnie, z której i ja skorzystałam… Nie było to celowe, ale jeszcze bardziej mnie rozbawiło. Gdyby coś takiego przydarzyło mi się w Warszawie, byłabym zdecydowanie bardzo nie w humorze. Tutaj śmiałam się i żartowałam, że wtapiam się w tłum.

Najciekawiej prezentowały się moje trampki!

Woodstock

W sumie przez dwa dni chodziłam w mokrych rzeczach. Nie brałam aż tak dużej ilości ciepłych ubrań i wolałam chodzić w mokrych i czekać aż wyschną na mnie, niż później wracać też przemoczona. A nie wiedzieliśmy czy prognozy faktycznie się sprawdzą i po dwóch dniach deszczu, będą kolejne dwa dni suche.

Woodstock

Efekt zjazdu z góry ASP

Warsztaty

Moje warsztaty dzisiaj z pewnością bym zmieniła. Temat „Kobieta w biznesie” nie nastraja na klimat Woodstocku, mimo to przyszło trochę osób i z tego powodu jestem bardzo zadowolona.

Sama brałam oprócz tego udział w zajęciach Art of living, które dotyczyły medytacji, a szczególnie technik oddechowych. Po godzinie czułam, że nie tylko jestem super dotleniona, ale nawet moja wątroba czy żołądek czują się zrelaksowane. Bardzo polecam – na pewno  poszukam ich w Warszawie.

Właściwie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Były wystąpienia podróżników, zajęcia z robienia zabawek dla zwierząt, spełniania marzeń czy gry na bębnach. W sumie program ASP składał się z blisko 700 bezpłatnych propozycji. Wystarczyło tylko przyjść i skorzystać. Potestować nowe rzeczy, co uważam za szczególnie rozwijające.

Ludzie

To, co mnie niepokoiło. Tłumy, ludzie nie wiadomo skąd, którzy nie wiadomo jak się zachowają, byli przeze mnie w rzeczywistości odebrani zupełnie inaczej. Wymalowane włosy czy buzie sprzyjały spontanicznemu nawiązywaniu znajomości, a karteczki, które mieli na szyi typu: „free hugs”, „szukam żony” czy „ratunku trzeźwieję” tylko wzmacniały to, że czułam się bardzo swobodnie i w gronie bliskich mi osób.

Dotychczas nie brałam udziału w wydarzeniu, gdzie ktoś po prostu idzie i przytula się do innych osób, jest przy tym tak pogodny i otwarty. Przywykłam do eventów, które wypełnione są ludźmi skupionymi, komunikatywnymi, ale mimo wszystko dbającymi o to, co inni o nich powiedzą. Tutaj większość uczestników nie analizowała, nie gdybała –  była sobą. I to naprawdę przekonuje do tego, żeby jeszcze raz tam wrócić w przyszłym roku.

Organizacja Festiwalu Woodstock

Uwielbiam logistykę. To, w jaki sposób coś przygotować, ile potrzeba do tego ludzi, jak dobrać proporcje jedzenia itp. Kiedy jechałam na Woodstock miałam wyobrażenie, że to duże wydarzenie, na pewno musi być super zorganizowane, więc teraz będę mogła zobaczyć od zaplecza, jak to wygląda w praktyce.

Woodstock

Tłumy w trakcie wywiadów z gośćmi ASP

To, co zobaczyłam naprawdę mnie zaskoczyło. Nie chodzi o to, że miałabym się czepiać, bo nie po to tam przyjechałam. Chciałam raczej zobaczyć jak oni to robią, że tyle ludzi chce dla nich pracować, dodam – za darmo. Mają pasję, ale przede wszystkim doskonale wiedzą, co do należy do ich obowiązków.

Idea „Pokojowego patrolu”, czyli osób, które pilnują porządku, dbają o właściwy i bezpieczny przebieg wydarzenia jest godna naśladowania. Najbardziej podoba mi się pomysł „niebieskich”, czyli płatnej ochrony, która z powodu zmiany kategorii eventu, w tym roku musiała być w dużo większym składzie.

Zwykle kiedy widzimy dużo policji w mundurach, czy ochroniarzy z odblaskowymi napisami na plecach, zamiast czuć się bezpiecznie, czujemy się dużo bardziej niepewnie. Chcemy jak najszybciej wyjść poza strefę, gdzie oni się znajdują. Ponieważ skoro tam są, to znaczy, że ta przestrzeń nie jest najbezpieczniejsza.

Tutaj zupełnie nie było takiego poczucia. Przez fakt, że mieli na sobie koszulkę jak inni wolontariusze, tylko w kolorze niebieskim, byli bardziej „ludzcy”. Nie dali odczuć, że festiwal może być w jakimś stopniu niebezpieczny.

Dużo rozmawiałam z różnymi wolontariuszami. Czy to „czerwonymi” czy z biura prasowego i to, co najbardziej przebija się przez ich wypowiedzi to poczucie wspólnoty. Oni podobnie jak ja, nieraz chodzili w mokrych butach czy ubraniach. Dbali o porządek w deszczu, często później w słońcu, a mimo wszystko wydawali się być szczęśliwi.

Ostatniego dnia dwóch chłopaków opowiedziało mi swoją historię udziału w festiwalu czy finału WOŚP. To poruszające jak nieraz tego rodzaju wolontariat wpływa na nasze życie. U nich zadecydował m.in. o tym jaki kierunek i miejsce studiów wybrali. Wśród wolontariuszy mają swoich przyjaciół, a nieraz i drugie połówki.

Woodstock

Przez cztery noce jakie spędziłam na Festiwalu Woodstock, zasypiałam przy odgłosach koncertu i kiedy w niedzielę, na koniec słychać było tylko zbierany sprzęt zrobiło mi się przykro. Spotkałam tutaj klimat, jakiego dotychczas nie miałam okazji zaznać. Swoboda, luz i życzliwość ludzi w stosunku do siebie nawzajem. Uważam, że każdy chociaż raz w życiu powinien wziąć udział w takim wydarzeniu.

Woodstock

Ja mam nadzieję będę mogła jeszcze w nim brać udział. A wy uczestniczyliście w nim kiedyś? Macie jakieś szczególne wspomnienia z Festiwalu Woodstock?

 

Marta – kobieta, która promuje feng shui w Polsce

Marta – kobieta, która promuje feng shui w Polsce

Wenusjanki pozwalają mi na poznawanie wybitnych, nietuzinkowych, szalenie ciekawych osób. Dzisiaj pierwsza z nich – Marta Kaniewska – audytor klasycznego feng shui. Nie tylko wspiera firmy w ich rozwoju poprzez zastosowanie chińskiej nauki, wydała ostatnio książkę, którą promuje praktyki starożytnych mistrzów.

Zapraszam Was do naszej rozmowy, w której tłumaczy o co naprawdę chodzi w feng shui i w jaki sposób ta nauka zmieniła jej życie.

AK: Powiedz jak się zaczęła Twoja przygoda z feng shui?

Marta Kaniewska : Kiedy pracowałam w Komisji Europejskiej w Brukseli zaczęłam uczyć się języka chińskiego. Wychodząc kiedyś po zajęciach od mojego nauczyciela zadałam mu pytanie: „Dlaczego mieszkasz i prowadzisz swoją szkołę w tak mało ciekawym budynku?” Kamienica nie była wizerunkowo spektakularna. Kiedy dostałam adres i tam weszłam, zastanawiałam się, czy faktycznie będę chciała mieć tam zajęcia. Odpowiedział mi, że ta kamienica ma bardzo dobre feng shui, a szczególnie drzwi wejściowe, które będą go finansowo wspierały do 2044 roku ze względu na bardzo dobre qi. Więcej mi nie powiedział. Po powrocie do domu zaczęłam szukać informacji na ten temat w Google. Nie znalazłam niczego na temat qi, jedynie wzmianek o kolorach i różnych przedmiotach.

Marta Kaniewska-feng shui

fot. Archiwum prywante

Ze względu na to, że mieszkałam w Belgii stwierdziłam, że popytam tamtejszych ekspertów. Poszukałam ich stron internetowych, lecz na większości sprzedawane lub zalecane były tylko jakieś gadżety. W związku z tym, na kolejnych zajęciach zadałam pytanie nauczycielowi, co miał na myśli mówiąc o qi i dlaczego on nie ma gadżetów kojarzonych z feng shui u siebie w kamienicy.

AK: No właśnie, przecież mówi się postaw sobie słonika, postaw coś czerwonego w oknie, postaw jakąś świecę albo tę żabkę, która miałaby przyciągać pieniądze. W takim razie o co tu chodzi, skąd to się wzięło?

Marta : Feng shui jako nauka deprecjonowana jest przez liczne błędne interpretacje jej założeń i praktycznych zastosowań, a także przez nieprawdziwe informacje na jej temat. Wykorzystywanie różnych przedmiotów jest związane z przeniesieniem kultury chińskiej na grunt europejski. W mojej opinii i w opiniach mistrzów, z którymi rozmawiałam w Azji, wynika to z niewielkiej wiedzy na temat tego, czym  jest autentyczne feng shui i z całej gamy mitów, jakie wokół niego powstały. Mało jest informacji z wiarygodnych źródeł.

Źródłowe materiały dotyczące autentycznego feng shui są w języku chińskim, który jest tłumaczony na język angielski lub inny europejski. Nie ma w księgach nic na temat przedmiotów, kolorów, siatki ba gua i tego co należy do tzw. new age feng shui.

Mistrzowie gromadzili swoją wiedzę i przekazywali ją swoim uczniom. W latach 90. XX wieku feng shui zyskało wielu zwolenników na Zachodzie. Jest to jednak zupełnie inna praktyka, zwana new age feng shui, od klasycznego stosowanego w Azji. Na Zachodzie sprowadzone zostało głównie do mody.

Powstało wiele różnych szkół, w których stosuje się wspomniane gadżety. Kultura chińska jest bogata w motywy i pozytywne symbole, takie jak np. żabki i figurki innych zwierząt. Stosowanie tego typu przedmiotów weszło do zagadnień feng shui dopiero w latach 90. XX wieku i nie ma związku z klasyczną jego wersją.

Feng shui skupia się wokół qi. Prawdziwe qi jest naturalne, a nie stworzone przez człowieka. Prawdziwe qi pochodzi z naturalnych gór, a nie z obiektów i przedmiotów, które można kupić. Klasyczne feng shui jest nauką opartą na logicznych zasadach i formułach, a nie gadżetach.

AK: Jak to się stało, że skończyłaś pracę w Komisji i zajmujesz się teraz już tylko feng shui?

Marta:  Kiedy mój nauczyciel powiedział mi, że przyjechał do niego znajomy z Tajwanu i wybrał mu odpowiedni budynek na kamienicę i mieszkanie, co wymagało dosyć głębokiej analizy, to stwierdziłam, że jest to ciekawe i niekoniecznie związane z kolorami. Mam umysł analityczny, ścisły i ciekawią mnie różne możliwości. Ponownie poszukałam informacji w Internecie, jednak nic nie znalazłam.

Zaczęłam szukać odpowiednich szkół uczących feng shui i znalazłam je w Malezji. W międzyczasie byłam na konferencji w Singapurze, gdzie potwierdziłam, że te dwie akademie, w których zdobywałam wiedzę, są uznawane za najlepsze. Pojechałam również do Chin, bo chciałam  podszkolić język chiński. Mistrzów, których poznałam wcześniej, niestety nie spotkałam, ponieważ okazało się, że są poza Chinami, np. na Tajwanie.

W międzyczasie kupiłam sobie różne DVD, oglądałam je godzinami, niestety jedyne co na nich się znajdowało to krajobrazy gór, wód, domy, osiedla – zupełnie inny kontekst. Podjęłam decyzję, że Komisja Europejska nie jest moją ścieżką zawodową, że zajmę się audytem klasycznego feng shui. Zawsze podkreślam, że zajmuję się klasycznym, a nie new age feng shui. Niestety większość osób i tak nie widzi różnicy. Dla nich oznacza to dokładnie to samo.

AK: Co Cię przekonało? Wydaje mi się, że Komisja Europejska była pewną i stabilną pracą, a Ty nagle rzucasz wszystko i zostajesz konsultantką feng shui?

Marta: Jestem pasjonatką życia i moich zainteresowań. Wynagrodzenie jak najbardziej jest dla mnie istotne, lecz feng shui ma również wspierać sprzyjające finansom okoliczności. Jeżeli będę posiadała odpowiednią wiedzę z tego zakresu, to i tak będę miała pieniądze. Aspekt finansowy nie przezwyciężył mojej pasji.

AK: Dużo jest takich osób, jak Ty, w Polsce? Chodzi mi o osoby, które mają taką wiedzę w tym obszarze, nie na zasadzie słoniki, żabki czy wieczne dzwonki.

Marta: Jedną osobę znam, aczkolwiek trudno mi powiedzieć, czy ma wiedzę na tym samym poziomie, natomiast wiem, że  uczyła się w tej samej akademii co ja.

AK: Od jak dawna się tym zajmujesz?

Marta: Działalność prowadzę od stycznia 2013 roku, natomiast wcześniej pomagałam znajomym, kiedy się uczyłam.

AK: Dlaczego warto spróbować czegoś takiego? Na czym to polega? Przychodzisz do jakiegoś domu, biura i co robisz?

Marta: Zanim przyjdę do biura to zawsze na podstawie adresu oglądam teren w Google maps. Analizując miejsce rozpatruję go na trzech różnych poziomach, w zewnętrznym obejmującym obszar kilku kilometrów od rozpatrywanej nieruchomości, zewnętrznym bezpośrednim w zasięgu wzroku, wewnątrz budynku, jeżeli już jest wybudowany. Dwa ostatnie analizuję na miejscu.

W Google patrzę, gdzie jest najbliższa woda, wzniesienia, jak się układają poziomice, gdzie są najbliższe ronda itp. Dzięki temu mam pierwszy ogląd danego miejsca. Ponadto na podstawie daty urodzenia właściciela, większych czy mniejszych firm, analizuję potencjał danej osoby m.in. w zakresie finansów, relacji, a także jego osobowość. Chcę być dobrze przygotowana. Na miejscu oglądam i analizuję otoczenie blisko danej nieruchomości, robię potrzebne pomiary m.in. mierzę skierowanie budynku, kierunki świata, położenie i rodzaj dróg, skrzyżowań i rond, jak również pozostałą istotną infrastrukturę. Dopiero później wchodzę do budynku.

AK: Czy zdarza Ci się tak, że sprawdzisz sobie to biuro, tę osobę po dacie urodzenia i myślisz sobie: ona ma z tym i z tym problem, to i to nie działa, a potem przychodzisz i celujesz dokładnie w punkt, jeśli chodzi o potrzeby tej osoby?

Marta: Nie, analizuję, a ponadto nie jest to zakres mojej pracy. Skupiam uwagę na potencjale finansowym danej osoby, bo z reguły każdy prosi o polepszenie warunków finansowych. Natomiast jeżeli chodzi o miejsce, to rzeczywiście, mam pierwszą ocenę otoczenia, ale dopiero będąc na miejscu ją potwierdzam. Robię pomiar kompasem, sprawdzam formuły i dopiero wtedy mam pełen obraz tego miejsca. Dopóki nie zmierzę miejsca kompasem, nie mogę dać ostatecznej opinii.

AK: I teraz jesteś na takim spotkaniu, zmierzyłaś sobie wszystko na zewnątrz i co się dalej dzieje?

Marta: Wchodzę do budynku, rozmawiam z daną osobą, mówi mi jakie są jej cele, ponieważ zwykle wcześniej tylko prosi o spotkanie. Jej cele determinują szczegółowość mojej analizy, w tym wnętrza  budynku, potrzebnych pomiarów. Plany nieruchomości zawsze otrzymuję przed spotkaniem. Po spotkaniu, już w swoim biurze dokonuję analizy.  Następnie wysyłam raport z zaleceniami, po którym następuje rozmowa lub spotkanie.

AK: Co na przykład może być takim zaleceniem? Skoro nie ma słoników, to co jest?

Marta: Głównie chodzi o znalezienie źródła qi i sposób wykorzystania go w obrębie danej nieruchomości, ponieważ feng shui działa w oparciu o to, jak qi się przemieszcza, gromadzi i czy w ogóle udaje się ją zgromadzić.

Qi jest to nienamacalna forma energii, która jest w naszym otoczeniu. W tym przypadku nie lubię używać słowa energia, lecz nie widzę alternatywy. Podczas pracy szukam źródła qi, często sprawdzam czy jest rondo, które można byłoby połączyć za pomocą formuł z drzwiami wejściowymi lub bramą wjazdową na teren posesji. Przykładowym zaleceniem dotyczącym otoczenia może być zmiana miejsca lub skierowania drzwi wejściowych, bramy wjazdowej. W budynku wskazuję najkorzystniejsze pomieszczenia dla poszczególnych działów, miejsca o odpowiednim potencjale w danym roku,  skierowania biurek dla kluczowych osób, wyznaczam miejsce spotkań. Zalecenia są indywidualnie dostosowane do celów analizy jak i branży firmy.

AK: Po jakim czasie można spodziewać się jakichkolwiek efektów?

Marta: Różnie. Zależy to od celu, ilości i stopnia wprowadzenia zaleceń, a także potencjału samego miejsca i jego otoczenia. Po dwóch tygodniach, miesiącu, czasem nawet po kilku godzinach.

AK: Czy jest cel, którego nie jesteś w stanie spełnić?

Marta: Tak, są takie cele, których otoczenie samej nieruchomości i układ danego budynku bardzo ogranicza i nie jest to po prostu możliwe. Czasem jest tak, że qi w ogóle nie dociera do budynku, a klient nie ma możliwości lub nie chce ingerować w otoczenie. Zdarza się, że pole manewru jest bardzo ograniczone.

AK: To co wtedy możesz zrobić? Jakie są efekty Twojej pracy? Co się zmienia w firmach i w życiu takich osób?

Marta: W takich sytuacjach zalecenia dotyczą wnętrza budynku. Jakie są efekty mojej pracy? Rezultaty zależą od celów klienta i stopnia wprowadzenia zaleceń. Pojawia się więcej nowych możliwości, bardziej sprzyjających funkcjonowaniu warunków, firma zwiększa swój udział w rynku, ma więcej klientów, zwiększa się lojalność i zaufanie klientów do firmy. Firma ma większy potencjał.

AK: Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

Marta: Analizę. To, że mogę badać, oceniać potencjał terenu wykorzystując swoją wiedzę. Mam materiały, formuły, osoby i ich cele, które po prostu analizuję, co można byłoby zrobić, czy jest potencjał. Po prostu mnie to kręci.

AK: Kto powinien się do Ciebie zgłaszać? Komu najbardziej jesteś potrzebna lub kto najbardziej skorzysta na Twojej pracy?

Marta: Na pewno są to firmy, które chciałyby zwiększyć swoje możliwości na rynku, poprawić ich funkcjonowanie, efektywniej działać, mieć więcej klientów, większe zyski, obroty. Również takie, które chciałyby, żeby ich pracownikom pracowało się lepiej. Między innymi daję zalecenia dotyczące środowiska pracy tak, aby sprzyjało ich efektywności, co przekłada się z korzyścią na obroty i zyski.

AK. Dziękuję za rozmowę.

Marta: Dziękuję

Zapraszam do strony www Marty: http://www.szanhe.pl/