Nowa forma współpracy w internetowym świecie

Nowa forma współpracy w internetowym świecie

Internet daje ogromne możliwości, które coraz mocniej wykorzystujemy w rozwoju swoich przedsiębiorstw. W tej rozmowie poruszam temat wyjątkowo intensywnie rozwijający się, który bez internetu nie mógłby powstać, a stanowi podstawę nowej formy współpracy. O plusach i minusach biznesu opartego o collaborative economy przepytują Łukasza Zgiep. Zapraszam do rozmowy.

Anita Kijanka: Powiedz, Łukasz, czym się zajmujesz na co dzień?

Łukasz Zgiep: Kończę właśnie doktorat z ekonomii na temat uwarunkowań rozwoju sektora gospodarki funkcjonującego według modelu ekonomii współpracy. Prowadzę także szkolenia, warsztaty i usługi doradcze z zakresu modeli biznesowych collaborative economy.

Skąd pomysł na taki tytuł rozprawy?

Nowymi technologiami interesuję się od dawna. Tak naprawdę to już od dziecka fascynowały mnie komputery, potem przyszedł czas na smartfony. Na początku były to nie tyle smartphony, co technologie informacyjne. Zawsze starałem się rozwijać w tym kierunku, bo to mnie bardzo interesowało. Co ciekawe, zauważyłem, że im większą zdobywałem wiedzę, tym większa stawała się moja pasja do nowych technologii.

Był również czas, kiedy bardzo fascynował mnie rozwój mediów społecznościowych. Cieszę się, że mogłem to obserwować na własne oczy. Dobrze wspominam lata 2009 – 2012, czyli czas rozwoju Grona, Naszej Klasy, a potem Facebooka. Dzięki tym portalom wykształciło się w Warszawie wiele ciekawych społeczności – powstały wtedy Czwartki Social Media. Pamiętam jak chodziłem tam regularnie z Dawidem Pachą, Michałem Sławińskim, Kamilem Dziadiewiczem i wieloma innymi osobami. Na początku były to bardzo małe spotkania – przychodziliśmy tam w kilka osób i siedzieliśmy przy piwie w pawilonach. Później rozrosły się do takiego stopnia, że obecnie odbywają się w Białymstoku, Katowicach, Krakowie, Szczecinie, Łodzi, Wrocławiu, Gdańsku, Rzeszowie, Lublinie, Olsztynie i chyba Poznaniu.

W międzyczasie zacząłem jeszcze doktorat z ekonomii. Na początku skupiałem się w nim na efektywności i na zwrotach z inwestycji w mediach społecznościowych. Jednak kiedy pojawiły się aplikacje typu Uber czy Airbnb, to zdecydowałem się na zmiany. Łącząc ekonomię i media społecznościowe płynnie przeszedłem w collaborative economy.

O nowej formie współpracy w internetowym świecie

Istnieją dwa pojęcia, które są często mylone: collaborative economy i sharing economy. Czy one się różnią według Ciebie?

Sharing economy jest pojęciem węższym niż collaborative economy, ale jednocześnie w 100% zawiera się w pojęciu collaborative economy. Sharing economy jest powszechnie rozumiane jako synonim collaborative economy, głównie dzięki licznym publikacjom w internecie oraz popularności “flagowych” serwisów, takich jak Airbnb, Uber i BlaBlaCar. Jednak, z teoretycznego i praktycznego punktu widzenia, są to pojęcia różne. Dobrym przykładem sharing economy jest blablacar oraz polski serwis jadezabiorę. Jadąc z punktu A do punktu B, użyczamy komuś swojego miejsca w samochodzie i przy okazji komuś pomagamy. Nie zarabiamy na tym, nie ma tutaj działalności zarobkowej. Dobrym przykładem collaborative economy może być na przykład Uber, albo Airbnb, gdzie mamy sytuację taką, że płacimy komuś za usługę. Oczywiście z wykorzystaniem platformy, wydaje mi się, że te platformy są najbardziej kluczowe. Niektórzy używają różnych pojęć. Na przestrzeni doktoratu musiałem się trochę z tym zmierzyć, to nie było łatwe. Peer to peer economy czy mesh economy, gig economy, sharing economy, collaborative economy – tych pojęć jest bardzo dużo. Może to powodować dysonans poznawczy, szczególnie, kiedy ktoś się tym nie zajmuje. Ludzie zastanawiają się skąd takie pojęcie i co ono znaczy.

Moim zdaniem, warto mówić o dużo szerszym zjawisku jakim jest collaborative economy, ponieważ dzięki współpracy jaką umożliwia technologia ludzie mogą nie tylko współdzielić, ale również współ: – tworzyć, – finansować, – projektować, – uczyć, – leczyć, – pracować, – pożyczać, – pomagać).

Jak sądzisz, dlaczego firmy bazujące na sharing/collaborative economy osiągają ogromny sukces?

Firmy te osiągają swój sukces dlatego, że ich działanie polega na zaspokajaniu pewnych potrzeb konsumentów konkretnymi usługami lub dobrami z zastosowaniem nowoczesnych technologii. Kluczowe są tu korzyści ekonomiczne oraz znaczące podniesienie efektywności niektórych procesów biznesowych.  

Dla przykładu, przeanalizujmy Ubera. Ludzie zawsze mieli potrzebę przemieszczania się – kiedyś jeździli konno, potem przesiedli się do samochodów i komunikacji miejskiej, teraz wykorzystują łatwą w obsłudze i nowoczesną aplikację na smartfony. Takie technologie stają się dostępne dla każdego oraz są coraz bardziej przystępne cenowo.

Z badania, które przeprowadziliśmy na potrzeby raportu Ekonomia współpracy w Polsce 2016 (www.ekonomiawspolpracy.pl) wynika, że korzyści ekonomiczne są na pierwszym miejscu w kategorii czynników zwiększających popyt.

W takim razie, czy gdyby nie Internet, to nie byłoby takich pojęć i takich firm?

Zdecydowanie tak. Wydaje mi się, że technologia i możliwość łączenia się ludźmi przez Internet w czasie rzeczywistym jest kluczem do sukcesu. Jest to podstawa do tego, żeby takie usługi mogły być świadczone.

Zadałam to pytanie, ponieważ kiedyś czytałam pewien raport, który dowodził, że wykorzystanie Internetu często psuje branżę. Czy zgadzasz się z tym?

Nie zgadzam się z tym, moim zdaniem Internet ułatwia i usprawnia działania oraz skutecznie eliminuje nieefektywności z branży.

Czytałem kiedyś badania naukowe ze Stanów Zjednoczonych z 1978 roku, które opisywały podobne zjawisko, dokładniej “collaborative consumption”. Collaborative consumption polega na tym, że ludzie w swoich lokalnych społecznościach współużytkują rzeczy. To oznacza, że już kiedyś podobne zjawisko było naukowo opisywane i badane, a Internet stał się katalizatorem jego zastosowania w technologii.

W takim razie, wracając do Ubera, kwestii takich jak protesty przeciwko niemu czy jego nielegalności w niektórych krajach. Mówisz, że to jest element collaborative economy i tego, że to jest usprawnianie pewnych procesów? Jak to wszystko ma się do naszego bezpieczeństwa w przypadku Ubera i z drugiej strony zwykłych taksówek?
W czym lepszy jest Uber od zwykłej taksówki?

Moje doświadczenia z przejazdów zwykłymi taksówkami nie są zbyt pozytywne. W Uberze czy innych tego typu usługach (np. iTaxi czy MyTaxi) możesz ocenić kierowcę. Jest to element przejazdu, który buduje lub niszczy zaufanie do kierowców i tym samym podnosi bezpieczeństwo przejazdów. Zwykłego taksówkarza niestety nie możemy tak łatwo ocenić. Zamawiamy taksówkę, pokonujemy daną trasę, taksówkarz ponarzeka, coś nam poopowiada, no i tyle – śmierdziało papierosami i cześć.

Jeżeli jadę Uberem, to w analogicznej sytuacji po zakończeniu kursu muszę ocenić przejazd (jest to obligatoryjne). Dzięki temu, poziom jakości usług jak i bezpieczeństwa wzrasta. Jeżeli ktoś jest niedoświadczony i źle wykonuje swoją usługę, to szybko jest weryfikowany przez społeczność, która korzysta z danej platformy.

I wcale nie jest tak, że wszyscy używają GPSów bo nie znają miasta. Chodzi o to, że jazda z GPSem jest bardziej efektywna. GPS wie, która ulica stoi w korku, a taksówkarz, nawet najlepszy, nie będzie miał w głowie tych wszystkich informacji.

Kiedyś czytałam badania, które dowodziły, że w ciągu jedenastu lat firmy, które działają w obszarze collaborative economy mają wzrosnąć dwudziestodwukrotnie lub dwudziestotrzykrotnie.

Tak, to estymacja PwC.

Jakie są korzyści dla osób korzystających z usług collaborative economy? Mówiłeś o oszczędnościach, możliwości weryfikacji dostawców czy w ogóle samej branży. Czy jest coś jeszcze?

Aby móc odpowiedzieć na to pytanie przebadaliśmy tysiąc czterysta sześć osób i, tak naprawdę, to wszystko zależy typu człowieka i jego motywacji. Niektórzy ludzie cenią stawiają na social experience – doceniają to, że z kimś jadą, że doświadczają, że poznają innych ludzi. Są też osoby, które dostrzegają w tym korzyści ekologiczne, uważają, że to efektywne wykorzystanie zasobów.

Wypisałam sobie obszary, w których działa collaborative economy. Są to np. transport, edukacja, finanse, rozrywka, nieruchomości oraz noclegi. W jakich obszarach może jeszcze rozwinąć się collaborative economy w przyszłości?

Zamieniłbym tutaj odrobinę kolejność i wymienił obszary według wartości i rozmiaru rynku. Także najpierw jest transport, finanse, nieruchomości i dopiero potem edukacja. Uważam, że efektywność każdej branży można poprawić dzięki wprowadzeniu do niej collaborative economy.

Polecam zapoznać się z HoneyComb 3.0 Jeremiaha Owyanga, którego poznałem osobiście w Paryżu i potem spotkałem jeszcze w San Francisco. On profesjonalnie do tego podszedł, ponieważ przeanalizował ponad dziewięć tysięcy firm, które mają takie modele biznesowe. Jeremiah stworzył na ich podstawie schemat o kształcie plastra miodu, gdzie pokazuje konkretne branże, a każda branża, z kolei, ma wewnątrz siebie różne modele biznesowe. Na przykład finanse podzielone są na: kryptowaluty (czyli bitcoiny), projekty crowdfundingowe (Kickstarter) oraz społecznościowe wymiany walut (Walutobox, Cinkciarz, czy polskie Kiva i Kokos).

O nowej formie współpracy w internetowym świecie

Co takiego fascynuje Cię i interesuje w collaborative economy, że zdecydowałeś się poświęcić temu pracę doktorską?

Fascynuje mnie to, że collaborative economy nie jest jeszcze do końca zbadane. To wszystko dzieje się i rozwija naszych oczach i, tak na dobrą sprawę, nie wiemy, w którym będzie się rozwijać. Jestem przekonany, że ludzie będą z tego korzystać, wszystko na to wskazuje.

Niedawno widziałem infografikę od EY, która pokazuje, że rozwój pracy będzie przebiegać w dwóch etapach. Pierwszy etap to “the gig economy” (znany nam jako collaborative economy) – czyli czas powstawania platform takich jak Uber, Airbnb czy Etsy. Natomiast drugim etapem jest “the machine economy”, czyli moment, w którym praca ludzi będzie wykonywana przez maszyny wspierane sztuczną inteligencją.

Jaki jest Twój ulubiony przykład collaborative economy, który, uważasz, jest takim benchmarkiem dla pozostałych?

Bardzo ciekawym przykładem jest Airbnb. Jednak wydaje mi się, że jeszcze lepszym jest Couchsurfing, który dodatkowo zbliża ludzi – bo nie tylko nocujesz u kogoś na kanapie, ale też możesz liczyć na to, że osoba u której się zatrzymałeś oprowadzi Cię po mieście. To bardzo unikalne doświadczenie, którego nie doświadcza normalnie turysta.

Podobnie jest z Blablacarem, bo nie tylko jedziesz z punktu A do punktu B, ale także poznajesz nowych ludzi, z którymi masz okazję porozmawiać. I nie ma to nic wspólnego ze zwykłym zamawianiem usług przez Internet. Wydaje mi się, że w przyszłości będzie się to bardzo rozwijać, ponieważ w zdigitalizowanym świecie, gdzie osobiste kontakty międzyludzkie zanikają, ludzie będą chcieli mieć kontakt z innymi. Te dwie platformy są zdecydowanie moimi faworytami, bo zwiększają wartość społeczną i kontakty z innymi ludźmi.

Która nie ma nawet jednego własnego auta.

Airbnb też nie ma żadnego własnego apartamentu. To tak jakby powiedzieć, że najszybciej rozwijający się bank nie ma żadnych pieniędzy.

W jakim kraju na świecie collaborative economy przyjęło się najlepiej?

Nie wiem, czy były jakieś badania na ten temat, ale wydaje mi się, że collaborative economy najlepiej przyjęło się w Stanach Zjednoczonych. Jest to bardzo innowacyjny rynek i tam w ogóle wszystkie nowe usługi są szybciej testowane i szybciej się przyjmują.

Jeśli chodzi o Europę, to ciekawym przykładem są Helsinki, gdzie same władze miasta silnie wspierają wszystkie usługi typu collaborative economy. W Polsce takie usługi również szybko się rozwijają. Jak wynika z naszych badań, 92% ludzi zna już collaborative economy, a ponad 42% korzystało już z takich usługi.

To dużo.

Tak, to jest bardzo dużo. Oczywiście nie pytaliśmy wprost czy używają collaborative economy, bo nie byłoby to obiektywne. Pojęcie “ekonomia współpracy” zna około 18% polskiego społeczeństwa – nie każdy musi je znać. Dlatego też pytaliśmy o konkretne usługi i marki.

Jeździsz na różne konferencje, spotkania i seminaria. Opowiadasz o Waszym raporcie i collaborative economy. Jak władze naszego kraju reagują na tego typu rozwiązania biznesowe? Chyba nasz kraj formalnie i prawnie jest przygotowany na obecność takich usług?

Wiele razy próbowałem skontaktować z administracją publiczną w tym temacie. Brałem też udział w konsultacjach Unii Europejskiej. Niestety podejście naszych władz do tego tematu nie jest tak pozytywne jak w innych krajach.

Na przykład, w Wielkiej Brytanii już w 2012 roku bardzo dynamicznie zaczęły rozwijać się pożyczki społecznościowe, czyli “peer to peer lending”. Tamtejsze władze postanowiły, że nie zabronią przecież ludziom pożyczać sobie nawzajem pieniędzy. Uchwalili więc bardzo dobrą ustawę, która reguluje rozwój pożyczek społecznościowych. Dzięki temu w cztery lata powstało tam dwadzieścia dużych serwisów. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych jest 8 takich serwisów, które świadczą peer to peer lending i przekraczają kapitalizację miliarda dolarów. Więc to też jest bardzo duży wolumen.

W Polsce mamy trzy serwisy, które działają, niestety trochę na pograniczu prawa. Wymieniane są tam dużo mniejsze kwoty – rzędu dwóch milionów złotych miesięcznie. Jest to zaledwie promil tego, co obserwuje się w Wielkiej Brytanii.

Uważam, że w administracji publicznej powinny być osoby, które śledzą trendy i nowe technologie, osoby, które zastanawiają się, jak wspomóc rozwój collaborative economy w przyszłości. Wydaje mi się, że to jest ogromna szansa dla Polski i naszej gospodarki, bo Polacy szybko przyswajają takie nowości. Dlatego bardzo potrzebne jest nam wsparcie Państwa  – w myśl zasady po pierwsze nie szkodzić, po drugie wspierać.

No to ostatnie pytanie. Jeśli chcemy poczytać więcej o collaborative economy, to co warto czytać?

Warto śledzić mojego bloga. Polecam też poczytać bloga Jeremiah Owyang z San Francisco – on zajmuje się tym zjawiskiem znacznie dłużej niż ja. Prowadzi swojego bloga, współpracuje z korporacjami, publikuje raporty. Bardzo ciekawe są również raporty wydawane przez firmy konsultingowe, typu EY, PwC, Deloitte.  

W Polsce, póki co, pojawiło się tylko jedno opracowanie na temat sharing economy – wypuszczone przez PwC na początku tego roku. Warto również zapoznać się z naszym raportem, który przygotowaliśmy we współpracy z Deloitte. Raport jest taką biblią collaborative economy w Polsce. Zachęcam do  i gorąco polecam: www.ekonomiawspolpracy.pl.

Pasja i wytrwałość – moja rozmowa z dr Ireną Eris

Pasja i wytrwałość – moja rozmowa z dr Ireną Eris

Jest kilka kobiet, których karierę zawodową obserwuję i podziwiam. Wśród nich jest dr Irena Eris – wytrwały przedsiębiorca, pełna zaangażowanie w to czym na co dzień zajmuje się jej firma. W naszej rozmowie pokazuje w jaki sposób pasja i wytrwałość pozwoliły jej na osiągnięcie wyjątkowego sukcesu.

A: Pani Ireno, jeśli ktoś prosi Panią o przedstawienie się, ponieważ nie miał okazji Pani poznać wcześniej, to co Pani mówi?

Irena Eris: Irena Eris.

Proszę powiedzieć ile godzin dziennie Pani pracuje?

Mam nienormowaną pracę, którą trudno przeliczyć na godziny. Są dni, kiedy pracuję od rana do późnego wieczora. Są też takie, kiedy mogę skończyć wcześniej. Lubię pracę i nie mogłabym bez niej funkcjonować, ale również, świat poza życiem zawodowym jest dla mnie bardzo ważny. Nie stawiam wyłącznie na jeden obszar, lecz poszukuję również innych, właściwych dla moich pasji i zainteresowań. Tak, bym miała swój azyl. Wyznaję zasadę, że nie wolno zapominać o równowadze, którą mnie osobiście zapewnia rodzina, grono znajomych czy odpoczynek.

Jak się Pani relaksuje? W jaki sposób wygląda Pani czas po pracy, w momencie kiedy Pani nie pracuje, co robi Pani, żeby się odprężyć?

Mamy z mężem dużo obowiązków. Często podróżujemy służbowo, jesteśmy aktywni poza firmą. W mojej pracy nie ma sztampy, wciąż coś się dzieje, podejmowane są jakieś nowe wyzwania. Nie ma nudy. Jednak w ciągu tygodnia trudno znaleźć wolną chwilę na relaks. Kiedy taka się znajdzie, zawsze pod ręką jest dobra książka, czy ciekawy dokument. Staramy się także w weekendy wyjeżdżać za miasto. Nie można wypocząć, kiedy pozostaje się w wolne dni w domu. Potrzebne jest oderwanie się o codzienności, nowe otoczenie.

Co lubi Pani najbardziej w byciu liderem, co sprawia Pani największą satysfakcję ?

Największa satysfakcja… To efekty mojego zaangażowania. Nie wyobrażam sobie, abym mogła być szczęśliwa, jeśli nie lubiłabym tego, co robię i nie byłabym przy tym konsekwentna i uparta. Liczy się determinacja, pasja i chęć realizowania własnych marzeń.

Pasja i wytrwałość

                    fot. Jacek Kucharczyk

 Co jest najtrudniejsze w takim byciu przywódcą, właścicielem firmy, liderem?

Moim zdaniem odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Kiedy jesteśmy dużym i cenionym pracodawcą, proces decyzyjny jest niezwykle skomplikowany. Lider ponosi odpowiedzialność za ewentualne fiasko, ale też świętuje sukces z całym zespołem. Małą firmą zarządzać jest łatwiej. W dużej, odpowiadamy za decyzje biznesowe – dotyczące bezpośrednio już nie tylko nas, ale przede wszystkim ludzi, którzy z nami pracują. Menadżer musi mieć wizję; wiedzieć, dokąd chce iść; mieć pasję i zarazić nią pracowników. Powinien być autentycznie zaangażowany i mieć czas dla tych, którzy potrzebują dodatkowego wyjaśnienia, czy też informacji zwrotnych. Wszystko ma służyć jak najlepszemu osiąganiu wspólnych celów i rozwoju firmy – bez niego następuje regres. Ważne zatem jest ustalenie jednego kierunku działań i przekazanie tych informacji kaskadowo w dół, tak by pracownicy znali priorytety i wiedzieli dokąd zmierzamy. To jest niezwykle trudne, ale niezbędne do płynnego rozwoju przedsiębiorstwa.

Chciałam też podpytać o ten moment przejścia z takiej małej firmy, kiedy nagle okazało się, że firma się coraz bardziej rozwija, a Pani musi przewodzić tej firmie. Musi podejmować trudne decyzje. Czy pamięta Pani może takie 3-4 momenty kiedy poczuła, że to jest bardzo ważny moment przełomowy, gdzie jest wóz albo przewóz.

Takich momentów było kilka. Nie traktowałabym ich w charakterze „wóz albo przewóz”. To bardziej „szczęśliwy traf”. Takim szczęśliwym zdarzeniem była zmiana ustrojowa  z 1989 roku. Nowa sytuacja gospodarcza, pozwoliła na szybki i swobodny rozwój firmy. Zmiana ta nastąpiła w momencie, w którym osiągnęłam już pułap możliwości rozwoju dopuszczalny dla prywatnego biznesu w ustroju komunistycznym i dalszy rozwój firmy niewątpliwie byłby niemożliwy.

Po 89 roku, pojawiły się w naszym kraju zagraniczne koncerny. To był najważniejszy sprawdzian dla rodzimy producentów. Upadło wówczas wiele przedsiębiorstw, które święciły triumfy w warunkach gospodarki socjalistycznej. Giganty kosmetyczne prowadziły bardzo dynamiczne kampanie reklamowe, wypierając z półek krajowe kosmetyki. Nikt z naszej branży nie miał doświadczeń w takiej walce, gdyż przed 1990 rokiem popyt przewyższał podaż, a konkurencji praktycznie nie było. Jeśli mieliśmy wtedy problemy, to raczej z zakupem komponentów do naszych produktów, ale nigdy, poza początkowym okresem, nie mieliśmy kłopotów ze sprzedażą. Toteż kiedy zachodnie firmy zarzuciły rynek swoimi wyrobami, wydawało się, że nie mamy szans na przetrwanie: nie mieliśmy środków na intensywną reklamę ani doświadczeń w tej materii.

Mieliśmy tylko zaufanie kobiet i dzięki niemu przetrwaliśmy. Polki nie chciały zamienić sprawdzonych kremów Dr Irena Eris na zagraniczne marki, więc firma – nieblokowana już przez pseudosocjalistyczne zakazy – mogła rozwinąć skrzydła. Wygraliśmy zaufaniem do marki, lojalnością klientów, produktem bezpiecznym i innowacyjnym.

Zastanawia mnie jak się pani uczyła zarządzania, kiedy firma tak zaczęła szybko rosnąć?

Nikt mnie tego nie uczył.  Skończyłam farmację. Na początku, wydawało mi się, że jeśli stworzę dobry produkt, to będzie on pożądany przez klientów. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy z tego, co to jest zarządzanie, dystrybucja, jakie problemy mogą wystąpić. Zaczynałam od zera, zatrudniałam tylko jedną osobę do pomocy. Później do mojej działalności włączył się mój mąż. I w naturalny sposób to on przejął funkcję zarządczą, a ja dalej pracowałam w laboratorium i tworzyłam nowe receptury.

Dzięki trudnym początkom dużo nauczyliśmy się na własnych błędach. Zarządzaliśmy na zasadzie logicznego myślenia, rozwiązywania podstawowych problemów, czasami metodami niestandardowymi. Patrząc przez pryzmat tych wszystkich lat, myślę, że jeśli ktoś chce naprawdę coś w życiu zrobić, ma jakiś cel, a nie do końca zdaje sobie sprawę, jak wyboista czeka go droga, to chyba właśnie ten brak świadomości umożliwia mu czasem postawienie tego pierwszego kroku.

A teraz uczy się Pani jeszcze, gdzieś rozwija umiejętności biznesowe, czy to raczej już tak płynnie, reaguje Pani na to co się dzieje w otoczeniu?

Wciąż odpowiadam za proces tworzenia produktu. Uczestniczę w nim na każdym etapie jego powstawania. Począwszy od tworzenia idei, poprzez prace laboratoryjne, aż po efekt końcowy, który trafia na półkę. Kreacja, praca twórcza, poczucie tworzenia innowacyjnych rozwiązań, sprawia, że pomiędzy pracą a pasją mogę śmiało postawić znak równości. Nie chciałabym przysiąść na laurach i zacząć „odcinać kupony”. Czuję, że moja firma ma duży potencjał i chcę brać czynny udział  w jej rozwoju. Twórcza praca daje mi mnóstwo satysfakcji. Lubię patrzeć na świat oczami klientów, wyczuwać ich potrzeby, spełniać oczekiwania.

Pasja i wytrwałość

Skoro mówi Pani, że trzeba patrzeć oczami klientów, to co to znaczy? To znaczy jakie on ma potrzeby, co jest dla tego klienta ważne?

Klient oczekuje od nas przede wszystkim: dobrego produktu. Innowacyjnego, który wnosi coś nowego na rynek. I po drugie: jest wysokiej jakości i  – bezwzględnie oczywiście – bezpieczny. Dzisiejsze kosmetyki powstają w oparciu o wysoce zaawansowane badania. To już nie są proste kremy, które znamy z przeszłości. Obecnie wykorzystujemy nowe technologie ułatwiające przejście substancji aktywnych przez barierę ochronną skóry i umożliwiające im dotarcie do, określonych z góry, elementów wewnątrz komórek skóry.  Takich właśnie innowacji i prekursorskich rozwiązań oczekują od nas klienci, a my wychodzimy im naprzeciw. Jako jedna z niewielu firm kosmetycznych w Polsce i na świecie, prowadzimy własne, zaawansowane badania w naszym, unikatowym w branży kosmetycznej,  Centrum Naukowo-Badawczym.

Efekty tych badań sprawiają, że możemy proponować nie tylko nowe technologie, ale również substancje aktywne. Mamy własne patenty i wiele zgłoszeń patentowych, czekających na rejestrację. Nasi naukowcy publikują swoje odkrycia w światowej prasie branżowej, biorą udział w zagranicznych kongresach, dokładając tym samym cegiełkę do rozwoju światowej kosmetologii. Dzięki temu, że stawiamy na innowacje – tworzymy coś nowego, wyznaczamy trendy. Co jest źródłem ogromnej satysfakcji i zachętą do podejmowania dalszych wyzwań.

Czego by Pani życzyła tej młodej Irenie, która na początku rozkręcała firmę.

Bądź sobą. Nie zmieniaj się i podążaj za swoimi marzeniami.

 Co Panią inspiruje, skąd Pani ma pomysły na kolejne produkty, kolejne rozwiązania?

Zewsząd czerpię inspirację. Przede wszystkim inspiruje mnie postęp nauki i nowe osiągnięcia – kosmetologia jest dziś bardzo dynamiczną nauką, ściśle związaną z medycyną. Obserwuję otaczający świat, słucham ludzi: czego potrzebują, czego od nas oczekują. Również samo życie często podsuwa nam wiele wskazówek. Staram się być kreatywną i nie podchodzić rutynowo do swoich obowiązków. Rutyna zabija przecież wyobraźnię. Zawsze pasjonowały mnie poszukiwania czegoś nowego, lepszego. Ta odkrywcza natura wpisuje się już w dzisiejsze DNA całej firmy. Wszyscy koncentrujemy się na odkrywaniu tego, czego jeszcze nie było i to daje nam satysfakcję z pracy. Dzięki temu od lat jesteśmy jedyną firmą kosmetyczną uwzględnianą w corocznych rankingach innowacyjnych przedsiębiorstw w Polsce. Dzięki jakości produktów i naszej filozofii zaproszeni zostaliśmy do elitarnego stowarzyszenia marek luksusowych – Comité Colbert.

Comité Colbert to ekskluzywny klub założony w 1954 roku przez Jeana-Jacquesa Guerlaina – twórcę słynnej firmy kosmetycznej. Do niedawna komitet zrzeszał wyłącznie ekskluzywne francuskie marki – takie jak m.in. Boucheron, Cartier, Chanel, Dior, Hermès, Hotel Ritz, Louis Vuitton, szampan Veuve Clicquot – oraz prestiżowe instytucje kultury – m.in. Luwr, Operę Paryską czy Comédie-Française – francuski teatr narodowy. Dopiero w 2011 roku do tego grona dołączyły cztery marki europejskie – m.in. niemieckie Leica i MontBlanc. W 2012 roku, również Dr Irena Eris została przyjęta w poczet światowych marek, które działają, aby poszerzać i promować idee związane z luksusem, pięknem i ekskluzywnością. Nasza marka jest jedyną polską marką przyjętą do Comité Colbert.

A najbardziej jest Pani dumna z… ?

Nie mam powodu, by czegoś się wstydzić, czy żałować. W historii firmy kilka razy wyprzedzaliśmy światowe  trendy. Jest to świadectwem najwyższego kunsztu i zaawansowania prac badawczych w naszym Centrum Naukowo – Badawczym. Ostatnim hitem są, bardzo doceniane przez kobiety, kapsułki Neuro Filler. Pierwszy raz wprowadziliśmy je 20 lat temu, jednak okazało się, że byliśmy zbyt innowacyjni jak na owe czasy. Po 20 latach wzbogacone o najnowocześniejsze składniki, wprowadziliśmy je ponownie na rynek – i tym razem koncept został wspaniale przyjęty przez konsumentki.

Podobnie wyglądała sytuacja z peelingiem, miał fantastyczną recepturę, ale nie mogłam go wprowadzić, dlatego, że ta forma pielęgnacji nie była jeszcze znana na naszym rynku. Kobiety nie wiedziałyby, co to za produkt. Musiałam poczekać, aż zaczęło się mówić o potrzebach używania peelingu.

Pasja i wytrwałość

 fot. Jacek Kucharczyk

A jak obserwuje Pani kobiety, które teraz zakładają firmę to co by Pani im poradziła? Jakie błędy popełniają te młode kobiety, które zaczynają wchodzić w świat biznesu, które Pani jako już osoba doświadczona, z boku obserwuje i myśli, też tak robiłam i zobaczysz, musisz się nauczyć na swoich błędach.

Polki są niezwykle przedsiębiorcze. Potrafią spełniać swoje marzenia i mają doskonałe pomysły na własne biznesy. Jestem jurorem wielu konkursów biznesowych, w tym przewodniczącą jury konkursu skierowanego do kobiet – Sukces Pisany Szminką – i widzę, jak kreatywne są kobiety. Popieram takie działania, bo nie liczy się wielkość prowadzonego biznesu, ale to, czy daje on satysfakcję, jest realizacją celów i marzeń. Biznes to przecież trudna sztuka. Dlatego, kiedy decydujemy się na ten krok, musimy pamiętać o wielu rzeczach. Po pierwsze, „szybko” nie zawsze oznacza „z sukcesem”. Najważniejsze jest to, by wiedzieć, co się chce robić, w którym iść kierunku, sprecyzować cele – te bliższe i dalekie. Liczy się determinacja, pasja i chęć realizowania własnych marzeń. Jeśli ma się świadomość, co się chce robić, jest się osobą silną i wytrwałą, a jednocześnie szanującą otoczenie i drugiego człowieka,  sukces okazuje się być na wyciągnięcie ręki.

 A czego Pani życzyć?

Nie mam jakiś życzeń specjalnych, poza bardzo prozaicznymi – zdrowia, po prostu zdrowia.

 

Minimalizm – moje narzędzie do dobrego życia

Minimalizm – moje narzędzie do dobrego życia

Minimalizm jest reakcją na konsumpcyjny styl życia, który tak mocno dotyka nas każdego dnia. Dlatego postanowiłam porozmawiać z Katarzyną Kędzierską, kobietą wyjątkowo wszechstronną i ambitną. W wywiadzie rozmawiamy o tym jak minimalizm stał się jej narzędziem do dobrego życia. Kasia od 3 lat prowadzi bloga Simplicite, napisała książkę Chcieć mniej, w której pokazuje, że to wcale nie jest takie trudne.  Zapraszam do rozmowy.

Anita Kijanka: Kasiu, prowadzisz bloga, masz swoją firmę, która zajmuje się wynajmem przestrzeni biurowych, jesteś rzecznikiem patentowym. A jak Ty sama określiłabyś siebie? Gdybyś musiała podać definicję samej siebie, jaka by ona była?

Katarzyna Kędzierska: Z zawodu jestem rzecznikiem patentowym i to określa mnie w pierwszej zawodowej relacji. Ale jestem też blogerką i nie wstydzę się tego, bo to bardzo ważna część tego, co robię. Jestem również przedsiębiorcą. Długo unikałam tego sformułowania, bo wydawało mi się, że to takie mówiące o wszystkim i o niczym, ale w gruncie rzeczy tak po prostu jest. Jestem przedsiębiorcą, prowadzę dwie firmy, jestem wspólnikiem w spółce.

Czym jest dla ciebie minimalizm?

Narzędziem.

Narzędziem do czego?

Do dobrego życia.

Co znaczy dobrze żyć?

Tak, jak chcę żyć. Nigdy nie ośmieliłabym się powiedzieć komuś, w jaki sposób powinien żyć ani jak to życie powinno wyglądać. Możemy oczywiście operować sformułowaniami w stylu: życie powinno być dobre, szczęśliwe. Dla mnie minimalizm jest narzędziem, które pozwala mi żyć tak, jak ja chcę.

Minimalizm w roli główne

W czym lepszy jest minimalizm od “tradycyjnego życia”? Co nie pozwalało Ci żyć tak, jak byś chciała?

To bardziej jest kwestia tego, jak bardzo się pogubimy w życiu. Był czas, gdy sama byłam zagubiona, nie wstydzę się do tego przyznać. Bardzo odczułam konsumpcyjne życie, a pieniądze, którymi dysponowałam mocno na mnie wpłynęły i potrzebowałam czegoś, co pozwoliłoby mi wrócić do źródeł, do wartości. Takim właśnie narzędziem był minimalizm.

Od jak dawna jesteś lub nazywasz siebie minimalistką?

Nazywam siebie tak od niedawna. Myślę, że to będzie mniej więcej tyle czasu, ile prowadzę bloga, czyli ponad trzy lata. Wcześniej nigdy nie próbowałam siebie definiować, bo nie było mi to potrzebne. Jednak muszę przyznać, że minimalizm obecny jest w moim życiu od wielu, wielu lat.

Cofnijmy się o pięć lat w czasie. Jaka wtedy byłaś?

Zagubiona.

Ale co to znaczy? Jak to się objawiało?

Kiedy dorastasz i wchodzisz w dorosłe życie, kiedy masz osiemnaście czy dziewiętnaście lat, jesteś po liceum, idziesz na studia i wybierasz swoją pierwszą dorosłą drogę, to wydaje Ci się, że Twoja ścieżka jest z góry ustalona. I tak się również mnie wydawało – że wszyscy żyją według tego samego schematu.

Kończysz liceum, idziesz na studia, dostajesz pracę, wychodzisz za mąż, rodzisz dzieci – ten schemat jest bardzo mocno ustalony. Kiedyś myślałam, że według takiego schematu będę żyć, bo żadnego innego nie znałam. Nie wiedziałam, że można żyć inaczej.

Pochodzę z małego miasta. Kiedy skończyłam studia w Toruniu, przyjechałam do Warszawy i zaczęłam pracować w korporacji. Z czasem zaczęłam zdobywać coraz więcej doświadczenia, które otwierało przede mną coraz więcej możliwości i dawało coraz więcej pieniędzy. W pewnym momencie zauważyłam, że pogubiłam się trochę w tym dobrobycie – w tych wszystkich możliwościach, które dają pieniądze, w konsumpcji, która wydawała mi się bardzo naturalna. W końcu wszyscy wokół zachowywali się dokładnie tak samo jak ja.

W praktyce wygląda to tak, że ludzie pracują średnio od ośmiu do dziesięciu godzin dziennie. W drodze do domu wstępują do galerii handlowej – bo przecież coś trzeba kupić. Tymczasem, zupełnie nieświadomie robią tam mnóstwo drobnych, niepotrzebnych zakupów. Dochodzi do tego, że wydają coraz więcej pieniędzy, stają się coraz bardziej zmęczeni, a co gorsze, żeby poprawić sobie zły humor lub zrelaksować się, idą na kolejne zakupy. Jeśli nie znajdą innego sposobu na relaks, wpadają w spiralę. Tak właśnie wyglądało moje zagubienie. Potrzebowałam to zmienić.

Co było pierwszą zmianą? Oczyszczenie szafy?

Książki.

Jak to się zaczęło? Zaczęłaś je sprzedawać na Allegro czy rozdawać?

Zaczęło się od przeprowadzki. Spakowałam wszystkie swoje książki do kartonów – notatki ze studiów, podręczniki, kodeksy i beletrystykę. Nagle okazało się, że na podłodze leży kilkanaście wielkich pudeł książek. Poczułam ich ogromny ciężar, ale nie metaforyczny, tylko fizyczny. A wizja tego, że muszę te wszystkie książki przenieść do samochodu, potem z samochodu do nowego mieszkania, że muszę je wypakować i ustawić znowu na półkach, uświadomiła mi, że mam ich za dużo, i że ja tak nie chcę.

Faktycznie, tak jak mówisz, część książek sprzedałam. Dużo też oddałam i całkiem sporo wyrzuciłam – wiem, że to brzmi jak herezja, ale tak było. Potem przyszedł czas na porządki w pozostałych rzeczach, a potem na oczyszczenie niematerialnej strefy mojego życia.

Muszę Ci się przyznać, że jak ostatnio robiłam porządki w szafie, to doliczyłam się osiemdziesięciu jeden sukienek. Ja naprawdę kocham sukienki, a że dużo występuję, to zawsze wydawało mi się, że muszę mieć ich sporo. Jednak postanowiłam zrobić z nimi porządek i mam ich teraz pięćdziesiąt sześć. Było mi naprawdę bardzo ciężko kiedy je wyrzucałam, bo czasami lubię pokazać się w czymś innym. Czytając wpisy na Twoim blogu SZAFA MINIMALISTKI, wyobrażam sobie, że Twoja szafa nie jest za duża. Czy nie masz czasem poczucia, że nie masz się w co ubrać?

Nie, nigdy.

Nigdy? Ale musiałaś to w sobie zwalczyć.

Musiałam się tego nauczyć. To, czego się nas, kobiety, uczy poprzez media, poprzez całą branżę związaną z modą, jest bardzo zwodnicze. Uczymy się kupować bezrefleksyjnie. Kiedy ostatnio byłam w moim rodzinnym domu, odwiedziłam brata i moją ośmioletnią bratanicę, która właśnie przechodzi fazę fascynacji ubraniami. Ma bardzo dużo ubrań, z pewnością więcej niż ja. I nie nauczyła się tego w domu. Jej zachowanie uwarunkowane jest wzorcami z telewizji, ze szkoły, z reklam. Wpojono jej, że koniecznie POTRZEBUJE różnorodności, że potrzebuje MIEĆ dużo. Jak też tak czułam, też mi się tak wydawało.

Wydawało mi się, że ciągle nie mam się w co ubrać, mimo, że moja szafa była pełna po brzegi. Chodziłam “po sklepach” i ciągle myślałam sobie, że przydałaby mi się mi się to nowa sukienka, to nowa bluzka, to coś kolorowego, bo jakoś tak smutno w tej mojej szafie. Tak robiły wszystkie moje koleżanki, a ja myślałam, że to normalne, i że tak ma być. W pewnym momencie stwierdziłam, że muszę to zmienić, bo jeśli będę robić ciągle to samo, to trudno oczekiwać innych rezultatów, prawda?

Oczywiście.

I wtedy postanowiłam sobie świadomie ograniczyć wybór. Bingo! To było jak zbawienie, olśnienie. Nagle okazało się, że świadomie ograniczając wybór, jestem bardziej kreatywna, i mądrzejsza w doborze ubrań. Teraz, po dwóch i pół roku prowadzenia projektu SZAFA MINIMALISTKI, po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że zawsze mam się w co ubrać.

Mam teraz zaufanie do siebie, do swoich wyborów, do swojej szafy. Oczywiście, to się cały czas zmienia, bo też mój styl się zmienia, ale mam do siebie zaufanie. To wszystko dzięki ograniczeniu wyboru.

Ludziom wydaje się, że minimalizm to coś strasznie smutnego, ograniczającego, że to takie bycie na diecie. Teraz ograniczamy, nie wolno nam zaszaleć, raz na jakiś czas mamy “cheat day” i wtedy hulaj dusza! Tak samo traktujemy minimalizm.

Ja traktuje go zupełnie inaczej. Wychodzę z założenia, że to jest mój świadomy wybór. Wybieram, że chcę się otaczać tylko tym, co jest dla mnie najfajniejsze, najważniejsze, najpiękniejsze, najbardziej wyjątkowe, a cała reszta nie jest dla mnie istotna. Kiedy dobrze to przemyślimy, to nagle się okazuje, że to działa! To co chcę ubierać to jest mój wybór, moje wartości. Takie podejście sprawia, że mam więcej pieniędzy, że mam się w co ubrać. Jestem wolna.

A nie masz jakiejś słabości do czegoś? Kobiety często mają słabość do butów i torebek. Ja mam do sukienek i do biżuterii. Czy jest coś, do czego masz słabość – coś, co lubisz kupować?

Nie w sferze ubrań, ale kiedyś lubiłam kupować rzeczy z wyposażenia domu. Miałam słabość do kubków, bardzo lubiłam unikalne filiżanki do kawy, ale przeszło mi.

Czyli masz tak, że widzisz coś i myślisz “Ale ładne, ale niech będzie sobie na tej wystawie?”

Tak, dokładnie tak. Podziwiam, ale nie kupuje.

A czy nie robisz czasem zakupów w sposób kompulsywny? Na przykład masz zły humor i idziesz sobie coś kupić.

Nie, dlatego, że dokładnie tak kiedyś reagowałam. Nagradzałam się. W momencie kiedy miałam ochotę kupić sobie coś niepotrzebnego, mój mózg to racjonalizował. Tłumaczyłam sobie, że to mi się przyda, że to będzie mi potrzebne, itd. Jednak to nie była prawda. Kupowanie w nagrodę, bo mi się coś udało lub kupowanie na pocieszenie, bo mam zły dzień – to nigdy nie są dobre zakupy. I wbrew powszechnej opinii takie zakupy NIE relaksują. Jedna z moich Czytelniczek trafnie to podsumowała: “nie jesteś psem, nie nagradzaj się jedzeniem”.

To jak teraz się pocieszasz i nagradzasz?

Robię rzeczy, które są dla mnie ważne. I bardziej zależy mi tu na doświadczeniach niż na rzeczach. Kiedy jestem zmęczona, idę na masaż lub poćwiczyć, bo wiem, że to jest doświadczenie, które na pewno mi pomoże.

Oczywiście.

To jest kwestia złamania pewnego nawyku. Zapewne wiesz jak powstają nawyki?

Tak.

Wracasz do domu zmęczona i od razu włączasz telewizor. Potrzebujesz odpoczynku i relaksu, więc bierzesz do ręki pilot. I niewykluczone, że kiedyś to działało. Siadałaś przed telewizorem, oglądałaś ulubiony program i to Cię relaksowało. Z tym, że bardzo łatwo jest przegapić moment, w którym takie zachowanie staje się nawykiem. I przychodzi taki moment, że siedzenie przed telewizorem nie daje Ci już tak naprawdę żadnego relaksu. Wręcz przeciwnie – frustruje Cię to, że spędzasz godzinę bezmyślnie oglądając powtórki seriali. A jednak robisz to cały czas, bo jesteś do tego przyzwyczajona.

W jaki sposób minimalizm przekłada się u Ciebie na sferę duchową? Jak to na co dzień wygląda?

To jest bardzo proste. Wszystko to jest kwestią świadomości i oparcia tego, co robisz na wartościach. One stanowią punkt wyjścia dla wszystkiego, co robię – w sferze prywatnej i zawodowej.

Jak każdy i ja mam mnóstwo możliwości, najróżniejszych projektów, kilka firm. Doba ma dwadzieścia cztery godziny dla każdego. Niezależnie od tego, ile masz pieniędzy, ile masz szczęścia w życiu. Każdy ma dwadzieścia cztery godziny – ja też. To jest kwestia decyzji, w jaki sposób wykorzystasz ten czas.

Zawsze opieram się na świadomości i na moich wartościach i dzięki temu jestem w stanie, w dobry dla mnie sposób wykorzystać ten czas.

To jak wygląda Twój zwykły dzień w pracy?

Pracujesz na własny rachunek, więc wiesz, że bardzo ciężko jest przyłożyć miarkę do każdego dnia.

Wydaje mi się, że kiedyś powiedziałaś mi, że nie pracujesz w poniedziałki…

To się zmienia. Teraz bardzo często robię sobie wolne w środę.

Dlaczego akurat wolna środa?

Pamiętam, że kiedyś jak pracowałam na etacie w korporacji, to stwierdziliśmy, że właśnie fajnie byłoby mieć taką wolną środę. Dwa dni pracujesz intensywnie, potem masz wolne i znowu dwa dni pracujesz intensywnie a potem weekend. Bardzo często robię sobie wolne środy. Tak z przekory, bo mogę!

Super! Może to nie będzie dyskretne pytanie, ale na co wydajesz pieniądze? Skoro nie wydajesz na ubrania, nie wydajesz na wnętrza – to na co?

Wydaje pieniądze na upraszczanie sobie życia.

Minimalizm w roli główne

Co to znaczy?

Bardzo nie lubię sprzątać i gotować, ale mam ten komfort, że mogę na to przeznaczyć pieniądze. Mogę zatrudnić kogoś do pomocy domowej, kogoś, kto raz na jakiś czas przyjdzie i posprząta. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że przez tą godzinę czy dwie, które poświęciłabym na sprzątanie mieszkania, jestem w stanie zrobić naprawdę bardzo dużo. I tak okazuje się, że zapłacenie komuś stu złotych nie jest takim dużym wydatkiem. Czysta ekonomia.

No właśnie.

Często też jadam “na mieście”. Nie w fast foodach, tylko w dobrych restauracjach. Wiem, że to jest dużo droższe niż gotowanie w domu, natomiast w ten sposób upraszczam sobie życie, bo po prostu nie lubię gotować. Poza tym, dużo wydaję na podróże, bo to jest dla mnie ważne, to moja pasja i zamiłowanie. Pomagam też innym.

W jaki sposób pomagasz?

O tym, że pieniądze pozwalają na dobroczynność, rzadko się mówi. W momencie kiedy masz pieniądze, możesz nimi swobodnie dysponować – również pomagając innym. Działam na kilka sposobów. Oficjalnie działam przez bloga. Pomagam w działaniach kilku inicjatyw na rzecz adopcji zwierząt, sama mam psa adoptowanego ze schroniska. To jest dla mnie ważne, to mnie dotyka. Jestem filantropem, współpracuję ze Stowarzyszeniem Wiosna, głównie przy ich sztandarowym projekcie “Szlachetna Paczka”, ale nie tylko.

Prywatnie natomiast przekazuję regularnie określoną kwotę pieniędzy na działania dobroczynne. To są zinstytucjonalizowane działania, które wiążą się też z moją działalnością blogową, czyli poniekąd publiczną.

Mam też ten komfort, że mogę pomagać finansowo najbliższym. Przykładowo, ostatnio przekazałam pieniądze na nowe stroje piłkarskie dla drużyny mojego brata, który jest trenerem drużyny piłkarskiej Delta Miłoradz. Cieszę się, że mogę sobie na to pozwolić.

Czego nauczył Cię minimalizm? Jaką dał Ci lekcję?

Minimalizm dał mi świadomość w wielu różnych obszarach mojego życia. Dał mi wiedzę o moich wartościach, pozwolił mi się do nich dokopać. Każdy z nas kieruje się w życiu pewnymi wartościami, ale w pędzie codziennego życia są one “przysypane”. Są przykryte zobowiązaniami, rzeczami, informacjami – tą sferą materialną i niematerialną.

Minimalizm pozwolił mi na niemal namacalne poznanie tego, co jest dla mnie ważne. Na co dzień pozwala mi żyć w zgodzie z tymi właśnie wartościami. Umiem powiedzieć NIE temu wszystkiemu, co zbędne, albo powiedzieć też TAK temu, co ważne i wartościowe.

Wiem, że to jest strasznie górnolotne, ale tak to właśnie wygląda.

Skąd czerpiesz inspirację do minimalizmu? Czy jest ktoś taki, kto Cię inspiruje?

Przyznaję, że sama mało czytam o minimalizmie jako takim, natomiast bardzo mnie intryguje sfera rozwojowo-psychologiczna na styku z minimalizmem. W swoim czasie dużo czytałam o budowaniu nawyków, o neurologicznych uwarunkowaniach tego, jak funkcjonuje nasz mózg.

Ostatnio bardzo mnie fascynuje temat zwyczajów zakupowych.

Tak sobię myślę, że to chyba kobiety mają większy problem z minimalizmem niż mężczyźni. Jak uważasz?

Myślę, że nie ma czegoś takiego jak problem z minimalizmem.

To jak byś to ujęła?

Wydaje mi się, to raczej problem z nadmiarem. I tu bardziej cierpią kobiety, dlatego że większość przekazów marketingowych, tych prozakupowych, skierowana jest właśnie do kobiet. Badania pokazują, że to kobiety z reguły trzymają portfel w gospodarstwie domowym. Kupują dla siebie ubrania, żywność, kosmetyki, kupują dla swoich dzieci, ale też często dla swoich partnerów. Nic dziwnego, że przeciwko nam-kobietom wytaczana jest ogromna machina. Przez wiele lat pracowałam w korporacji i znam to “z drugiej strony”. Wiem, że prowadzi się mnóstwo badań, które sprawdzają jak najłatwiej “zmusić” nas do kupowania. Cóż się dziwić, że mamy z tym nadmiarem większy problem, niż mężczyźni.

Co byś powiedziała, gdybyś miała komuś wyjaśnić, jak zacząć z minimalizmem? Zobacz, zbliżają się święta. Wszystko tak ładnie się mieni i kusi do zakupów.

Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: po co mi to? To jest najważniejsze. Wprowadzenie do życia minimalizmu, czy jakkolwiek byśmy tego działania nie nazwali, będzie zmianą i to czasem bardzo poważną zmianą w życiu. Więc po co nam ta zmiana? Bo przeczytałam książkę? Bo przeczytałam bloga? To za mało. Taka motywacja jest bardzo krótkotrwała i bardzo słaba. Trzeba poszukać głębiej.

Jaki jest pierwszy krok do minimalizmu?

Najłatwiej zacząć od tej sfery materialnej, bo te pierwsze zmiany w sferze materialnej poniosą nas dalej. Różne są narzędzia i ciężko mi to streścić w trzech zdaniach, piszę o tym na Simplicite od trzech lat. Na pewno warto zacząć od małych kroków, można wybrać sobie jedno miejsce w domu, które jest fizycznie najbardziej zabałaganione i spróbować się z nim zmierzyć. Bardzo dużo piszę o metodzie małych kroków. Wiem, że rzucenie się na głęboką wodę rzadko odnosi dobre skutki.

Minimalizm w roli główne

Właśnie miałam Cię o to zapytać – czego nie robić?

To jest bardzo indywidualne, staram się nie mówić, co jest lepsze, bo wszystko zależy od człowieka. Moi czytelnicy piszą mi często, że jeśli impulsywnie, pod wpływem jakiejś książki, albo jakiegoś bloga decydują się zrobić drastyczne porządki u siebie w domu, to ten sposób nie działa. Wygląda to tak, że wywalają wszystko na środek, wyrzucają trzy czwarte rzeczy i kończy się to efektem jojo. Jak przy diecie. Nadmiar wraca ze zdwojoną siłą.

Jedna z moich koleżanek opowiadała mi, że robiła porządki włączając w to swoje dzieci. Decydowali razem, które zabawki zostawić, które oddać, które idą do domu dziecka, To było super, bo to uczy dzieci odpowiednich zachowań. W pewnym momencie jej syn przyszedł do niej i mówi “mamo, słuchaj, wiesz, ja mam taką zabawkę i ja już się nie będę nią bawił, więc może oddamy ją biednym dzieciom?”. Wiesz, co matka sobie myśli w takiej chwili? “Kurcze, udało się”, prawda?

Tak.

Ale to nie był koniec, bo synek dopowiedział “to już jak oddamy tą zabawkę, to kupisz mi nową, co?”. I to jest właśnie efekt jojo w najczystszej postaci. Bardzo często tak robimy, trochę bez świadomości, a trochę traktujemy te porządki jako wymówkę do kupowania więcej. Dzieci są bezpośrednie i bezpośrednio nazywają to, co widzą. Uczą się tego, co obserwują u dorosłych. My szukamy wymówek. Jedna z moich czytelniczek napisała “wiesz co, przeczytałam Twoją książkę i po raz pierwszy nie miałam ochoty wyrzucić wszystkiego”. I to jest dobre. Dlatego, że ona po raz pierwszy usiadła i zastanowiła się nad tym, po co jej ten minimalizm? Czy w ogóle jej jest to potrzebne? Co chce osiągnąć? Co ma się zmienić?

A czy minimalizm pomaga Ci w biznesie?

No pewnie.

W jaki sposób?

Pomaga mi podejmować biznesowe decyzje, ponieważ pozwala mi świadomie ograniczyć możliwości.

Gdy napisałam książkę, która okazała się sukcesem, pojawiło się przede mną wiele możliwości. Mogę robić szkolenia, wykłady, kursy, mam duży potencjał możliwości. Teraz, dzięki minimalizmowi, umiem to sobie poukładać w odniesieniu do swoich wartości. Kiedyś ktoś mnie zapytał na blogu, czy nie mam takiego problemu, że mam dużo rzeczy do zrobienia i tyle bym chciała zrobić, ale nie wystarcza mi na to czasu? No pewnie, że mam. Pewnie, że jestem też ambitna i chciałabym wiele rzeczy zrealizować, czy doświadczyć. Dzięki minimalizmowi umiem je świadomie ograniczyć, bo moja doba też ma dwadzieścia cztery godziny.

Czyli wybierasz te najwartościowsze dla Ciebie działania?

Tak.

Poprzez wartości?

Tak.

A nie myślisz sobie czasem, że “kurcze, przyszła do mnie taka okazja, może druga się nie trafić. Co tu zrobić”?

Jak zdecydowałam się napisać książkę, wiedziałam, że to będzie bardzo duże wyzwanie, też pod względem czasu. Siłą rzeczy musiałam wygospodarować czas na pisanie, co przy prowadzeniu dwóch firm naprawdę nie jest proste. Wiedziałam też, że czas poświęcony na tworzenie książki będzie mniej dochodowy. Wiedziałam, że gdybym poświęciła ten czas na zarabianie w inny sposób, zarobiłabym dużo więcej.

Jednak napisanie książki było moim małym marzeniem od dzieciństwa. Tutaj świadomie zdecydowałam, że poświęcę ten czas. Podczas pisania znacznie ograniczyłam swoją aktywność w kancelarii. Oczywiście wtedy mogło się zdarzyć, że przyjdzie do mnie wyjątkowy klient, że pojawi się sprawa, która będzie atrakcyjna z wielu różnych względów. Ale ja świadomie z tego zrezygnowałam, bo co innego w tym momencie było dla mnie ważne. Tego nauczył mnie minimalizm.

Podziwiam…Ja mam problem z wyborem, jestem zachłanna na nowe rzeczy.

Nauczyłam się tego. Kiedyś byłam, może nie zachłanna, ale bardzo ambitna. Ambicja pchała mnie do przodu. Niestety byłam też nią bardzo zmęczona. Wydaje mi się, że moja ambicja była trochę toksyczna. I wcale nie mam na myśli, że teraz nie jestem ambitna. Chodzi o to, że jeśli decyduję się coś zrobić, to robię to najlepiej jak potrafię, ale potrafię wybrać, co powinnam robić. To mi daje wolność, ale też spokój działania.

Jaka sytuacja z promocji książki najbardziej Cię zaskoczyła?

Na jednym ze spotkań autorskich pojawiło się kilku panów. Kiedy mówiłam o współpracy ze “szlachetną paczką” jeden z nich wstał i powiedział, że razem ze swoją córką jest beneficjentem szlachetnej paczki z zeszłego roku. Pan jest geologiem, jeśli dobrze pamiętam. Pogubił się w życiu i szlachetna paczka pozwoliła jemu i jego córce się podnieść. Powiedział, że tak naprawdę przyszedł na spotkanie w imieniu swojej córki, która jest w Stanach. Prosiła żeby mi przekazać, że mój blog jest dla niej jedynym codziennym wsparciem psychicznym, jakie dostaje.

Wow, aż mam gęsią skórkę.

Ja się popłakałam. Nawet teraz mam łzy w oczach, gdy o tym myślę. W pierwszym momencie nawet nie wiedziałam, co powiedzieć, jak zareagować. W takich momentach myślę sobie, że statystyki, które oglądam na co dzień, to nie są tylko liczby. Zaczynam rozumieć, że za każdą cyferką stoi ktoś, kto poświęca mi swój czas, kto codziennie, czy parę razy w tygodniu, czyta to, co piszę. To są sytuacje, które nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać.

To ile tygodniowo poświęcasz godzin na pisanie bloga?

Ktoś mnie już pytał o to ostatnio i nawet próbowałam nawet oszacować, ale strasznie trudno mi jest odpowiedzieć na to pytanie. Samo pisanie to jest tylko front.

Są jeszcze zdjęcia.

Tak, choć nie tylko. Chodzi o całe zaplecze. Do niektórych wpisów robię poważny research, do tego dochodzą zdjęcia, wywiady itp. Dodatkowo, cała sfera techniczna, którą prowadzi mój partner. Mam szczęście, że robi to zawodowo, pod marką Opiekun Bloga, z czego mogę korzystać na co dzień. Bardzo ważny jest też stały kontakt z Czytelnikami. Dostaję mnóstwo maili, staram się żadnego nie pozostawić bez odpowiedzi i odpisywać regularnie. Niestety czasami jest to bardzo trudne i czytelnicy muszą chwilę poczekać.

W momencie kiedy zaczyna się komercjalizować swoje działania, a nie ukrywam, że komercjalizuję i zarabiam na blogu, dochodzi kontakt z potencjalnymi reklamodawcami. Realizuję dużo własnych projektów, do których pozyskuję partnerów, co pozwala mi nieodpłatnie tworzyć wartościowe materiały dla czytelników. To wszystko zajmuje mi bardzo dużo czasu.

To jakie będą kolejne kroki? Co planujesz w najbliższym czasie?

Na blogu?

W ogóle.

Nie powiem Ci. Nie dlatego, że nie chcę tego zdradzać, tylko dlatego, że jeszcze wiele rzeczy się waży. Na razie o nich głośno nie mówię, bo jeszcze nie są pewne, więc…

To czego Ci życzyć?

Na pewno konsekwencji i odwagi.

Myślę, że Twoi czytelnicy dodają Ci dużo odwagi.

Tak, ale każdy z nas jest tylko człowiekiem. Ja też muszę się przełamywać, też walczę ze swoją strefą komfortu, bo łatwo w niej pozostać. Nowe rzeczy zawsze są trudne w pierwszym zetknięciu. Odwaga jest nam wszystkim potrzebna.

Najlepsze scenariusze pisze życie

Najlepsze scenariusze pisze życie

Już nie raz pisałam, że fascynuje mnie logistyka. To jak coś ktoś robi, jak się do tego przygotowuje. Zapraszam Was do rozmowy z Maura Ładosz, ciekawą, bardzo kreatywną kobietą, która na codzień żyje z pisania scenariuszy filmowych. W naszej rozmowie poznacie jej początki, motywacje, oraz warsztat jaki wiąże się z pisaniem tego, co później możemy oglądać na szklanym ekranie. Bo jak się okazuje, to życie pisze najlepsze scenariusze.

Zapraszam do rozmowy.

Anita Kijanka: Gdybyś musiała się przedstawić i powiedzieć czym się zajmujesz, to jak zwykle przedstawiasz się?

Maura Ładosz: Przedstawiam się chyba normalnie: Maura Ładosz. Aktualnie z zawodu od 11 lat jestem scenarzystką telewizyjną, ale też myślę, że mogę śmiało powiedzieć, chociaż nie robię tego zarobkowo, że jestem z zawodu fotografem. Jestem scenarzystą i fotografem, a także jestem “wymyślaczem” historii – w ten sposób bym się przedstawiła.

Maura Ładosz

fot. Dominika Misiewicz

Powiedz mi, jak zaczęła się Twoja przygoda właśnie ze scenopisarstwem?

W bardzo prozaiczny sposób. Gdzieś taką myśl miałam w sobie od dziecka, że chciałabym pisać, opowiadać historie, ale dosyć szybko doszłam do tego, że to może nie będą książki – chociaż o takiej też myślę. Bardziej interesowały mnie w tym wszystkim ruchome obrazki, więc ta myśl, że chcę pisać scenariusze zrodziła się gdzieś we wczesnym, nastoletnim życiu.

W związku z tym, że jestem dosyć leniwą osobą, to nie chciało mi się iść do szkoły dla scenarzystów. Poza tym myślałam sobie, że chyba nie trzeba się tego uczyć, to jest taka dziedzina, którą można rozpracować samemu. W każdym razie nie składało się, żebym się tym zainteresowała tak od strony edukacyjnej. Od 16. roku życia jestem z mediami związana i wokół nich działo się moje życia. Była to głownie telewizja, więc wszystko tak naturalnie się rozwinęło.

Najpierw byłam po drugiej stronie kamery, a dokładniej przed nią – a potem, będąc w pobliżu, usłyszałam, że ktoś szuka zupełnie świeżego, nowego narybku do pisania scenariusza do jednego z seriali, który powstawał i że będzie szkolenie. Trwało ono trzy dni i po nim napisałam swój pierwszy w życiu scenariusz. Oczywiście to miało być na próbę, na podstawie tego, osoba zarządzająca tym projektem miała sobie wybrać spośród nas kilka osób do pisania – załapałam się, a to oczywiście był totalny początek.

Ja oczywiście w pierwszej chwili jak to taki nuworysz wpadłam w samozachwyt, że o proszę udało mi się od razu. A potem się zaczęły schody i bardzo długa droga. W rzeczywistości to jest tak, że żeby móc nazwać się scenarzystą trzeba napisać od początku do końca przynajmniej trzy projekty.

To chyba szybko mimo wszystko…

Myślę, że dopiero po trzech czy czterech latach mogłam już powiedzieć, że jestem scenarzystą, ale tak na prawdę uczę się cały czas. To jest taki zawód, w którym nauka się nie kończy, tak jak w wielu zawodach bardziej twórczych. W rzeczywistości to jest tak, że co gatunek to nauka zaczyna się właściwie od nowa, bo warsztatowy trzon jest wszędzie taki sam, ale jednak każdy gatunek wymaga czegoś nowego. Nowych umiejętności i trochę zmiany myślenia, więc właściwie uczę się cały czas.

Maura Ładosz

fot. Ewa Ćwikła

Jak przystępujesz do pisania scenariusza to od czego zaczynasz? Jak w ogóle wygląda przygotowanie takiego scenariusza?

To zależy, jeżeli zaczynam nowy projekt to zanim powstanie scenariusz musi powstać cały świat, scenariusz jest jego finałem. Wymyślamy główną historię, bohaterów. Tworzymy historie bardziej szczegółowe na sezon lub na pół sezonu. Tak naprawdę nie powstanie scenariusz bez porządnie przygotowanych bohaterów – postacie muszą być wymyślone od A do Z.

Ja muszę wszystko wiedzieć o tych postaciach. Muszę z nimi pobyć, żeby je poznać. Scenariusz musi być napisany zgodnie z tym jakby te postacie postępowały w danych sytuacjach, to jest kluczowe. Jeżeli mam wymyśloną osobę, to nie mogę jej kazać się zachowywać tak, jak chce scenarzysta –  tylko muszę jej dać żyć i muszę ją obserwować w różnych sytuacjach i iść za nią. To jest naczelna zasada.

Nie można powiedzieć, że pracę nad każdym scenariuszem zaczynam od tego i od tego, za każdym razem to jest bardzo indywidualna sprawa – to zależy od tego, jaki to jest gatunek telewizyjny. Generalnie postać jest kluczowa i podążanie za nią w scenariuszu jest najważniejsze.

A co to znaczy że serial dobrze się ogląda? Czy serial będzie się dobrze oglądał? Skąd to możesz wiedzieć już na początku?

No właśnie tego nie wie nikt. Może jest recepta na dobry serial, ale czy ten serial odniesie sukces komercyjny czy będzie oglądany, tego nigdy nie wie nikt.

Ja osobiście uważam, że najważniejsza jest zasada prawdopodobieństwa w serialu. Nie robimy filmu dokumentalnego, nie mówimy prawdy, natomiast opisujemy sytuacje prawdopodobne, czyli coś, co może się wydarzyć, ale nie musi. To nie może być kompletnie zmyślona historia. Oczywiście zależy w jakiej kulturze będzie on oglądany, bo w kulturze amerykańskiej przechodzą dużo mniej prawdopodobne historie, niż na przykład w kulturze europejskiej.

Natomiast zasada prawdopodobieństwa jest naczelna. Muszą być postacie, które wciągną nas w historię, intrygę. Opowieść może być najbardziej banalna na świecie, ale jeżeli mamy bardzo dobrych bohaterów – ciekawych, takich którzy nas interesują, pociągają to zaczyna nas coraz bardziej wciągać. Nie mówię, że musimy ich kochać. Chociaż kiedyś tak rzeczywiście było, że takie były wymogi producentów – żeby serial był skierowany do produkcji to musi być bohater, którego wszyscy pokochają.

Moim zdaniem to jest niekonieczne dlatego, że tak samo możemy się przywiązać do bohatera negatywnego. Będziemy mu życzyć jak najgorzej, ale będziemy ciekawi i będziemy chcieli poczuć satysfakcję, że w końcu mu się nie uda i też będziemy to śledzić z zapartym tchem.

Przede wszystkim musi być postać budząca emocje, którą się chce oglądać i musi być prawdziwa. To ma być bohater taki z krwi i kości. Nie może być dwuwymiarowy, papierowy, w którego nie uwierzymy. Oczywiście takie figury też istnieją w serialach, ale w takich serialach powiedziałabym… Żeby też kogoś nie urazić… Takiej klasy B. Natomiast w serialach, o których każdy scenarzysta marzy, to faktycznie te postaci muszą być zbliżone do ludzi, których znamy z życia.

Nikt nie jest rycerzem na białym koniu, nikt nie jest księżniczką na ziarnku grochu. Wszyscy mają swoją drugą twarz i o tym też trzeba pamiętać. Historia, ale przede wszystkim, moim zdaniem postać – to jest to, co nas trzyma przy serialu.

Skąd czerpiesz inspiracje i pomysły na różne historie, które wydarzają się bohaterom?

Odpowiem najbardziej banalnie na świecie jak można – czyli z życia. Bo nic nie wymyśla tak zwariowanych scenariuszy jak życie. Już nie raz się przekonałam, że jak była wymyślona historia to była kupowana przez producentów “super, super, super tak idźmy w to” natomiast  jak była historia na motywach tego, co się wydarzyło to bardzo często był komentarz  “niee…to jest niemożliwe, ale wymyśliłaś tym razem”…

Życie bywa bardzo dziwne i nieprzewidywalne i wydaje mi się, że to jest najlepsza kopalnia pomysłów. Trzeba mieć uszy, oczy i wszystkie zmysły szeroko otwarte i to jest bardzo trudne w moim zawodzie.

Dobrze być wśród ludzi, dobrze na przykład jeździć pociągami, tramwajami, stać na przystankach, rozmawiać z innymi, słuchać tego co się dzieje, ale nie można być w dwóch miejscach na raz. Wypadałoby  pół miesiąca spędzać w terenie, pół miesiąca przed klawiaturą w komputerze dlatego jakoś to trzeba dzielić.

Trzeba po prostu czytać, przeglądać internet, nawet jakieś plotkarskie portale, bo wszędzie są historie. A ja zawsze powtarzam, że życie polega na opowiadaniu historii. A jest ich wokół nas mnóstwo.

Zdarzyło Ci się kiedyś, że znajomy się zorientował, że został bohaterem któregoś z epizodów? Rozpoznał, że opisujesz jego przykład z życia?

Bardzo często jest tak, że moi znajomi do mnie mówią “Słuchaj, zdarzyło mi się to i to,  możesz to wykorzystać”. I czasami gdzieś, jakieś elementy wykorzystuje, nigdy jednak nie robi się tego jeden do jednego.

Ja na przykład sama kiedyś miałam taki dzień, że psuło mi się wszystko w domu po kolei. Najpierw pralka, potem lodówka, to też była totalnie czarna seria i ja w tym wszystkim Matka Polka bezradna. Potem użyłyśmy z koleżanką tego wszystkiego w serialu, oczywiście trochę to, jak to w serialu, koloryzując bardziej jednak niż w życiu. W serialu można sobie na szczęście na to pozwolić. Historie mogą być bardzo, bardzo banalne, a później umiejętnie opowiedziane i przy pomocy ciekawych bohaterów zmieniają się w coś super fascynującego.

Jak w takim razie, chcąc te wszystkie historie opowiedzieć, chcąc przedstawić bohaterów, ich życie, wplatacie w to wszystko reklamy? Product placement, który jest co raz bardziej popularny kiedy czytamy, że audycja zawiera lokowanie produktów. Tym musisz jakoś żonglować prawda?
Bo z jednej strony musisz dbać o to, żeby postać była autentyczna, historie były ciekawe, żeby angażowały ludzi, ale z drugiej strony masz takie coś na sobą, gdzie przychodzi reklamodawca i mówi, wrzućcie mi tutaj chipsy. I Ty musisz stworzyć nagle historię, gdzie te chipsy się pojawiają. Jak to wygląda?

Myślę, że przepisy, które się zmieniły jakiś czas temu, spowodowały ze product placement przestał być taki nachalny. Bardzo nam scenarzystom to pomogło. Kiedyś product placement wyglądał jak nagła przerwa na reklamy w środku sceny, na przykład: “Przyniosłem Ci Nutellę, może zjesz Nutellę? Nutella jest bardzo zdrowa”. Teraz takich rzeczy robić nie możemy i bardzo dobrze. Nie może nigdzie w dialogu paść nazwa produktu, może on się tylko pojawić na obrazku.

Naprawdę to pomaga, ponieważ my wszyscy żyjemy w jednej wielkiej reklamie. Do lasu, nawet nie da się wejść, żeby się nie natknąć na jakieś opakowanie po czymś – te znaki towarowe są i nie sposób ich uniknąć, wiec to jest zupełnie naturalne, że one są w serialach.

Czasami też jest to problem, żeby uniknąć product placement’u niechcianego, wtedy się staje na głowie. Natomiast jeżeli on jest chciany i pożądany to zazwyczaj mamy trochę wolną rękę. Jeżeli wiemy, że w tym odcinku musi się pojawić product placement jakiejś sieci komórkowej czy produktu spożywczego, wtedy wymyślamy sobie sytuacje sami, bądź w obrębie której sceny może być jakaś mini sytuacja, w której ten produkt może się pojawić.

Oczywiście dostajemy dodatkowe wytyczne od klienta, że chciał, aby produkt się pojawił w scenie, w której są małe dzieci albo w scenie, w której jest ciepła rozmowa między przyjaciółkami lub w takiej, w której dana usługa, na przykład sieci komórkowej, pomaga bohaterowi wyjść z jakiejś trudnej sytuacji.

Czasami te wytyczne są, wtedy rzeczywiście trzeba temu sprostać i zadbać o to, żeby to było wprowadzone w sposób jak najbardziej naturalny. Jeżeli zostanie to pokazane w sposób sztuczny, chamski wręcz, taki toporny to jest to na niekorzyść dla tego produktu, ponieważ ludzie to wyłapują i budzi to w nich niesmak.

Rzeczywiście czasami jest to karkołomne zadanie. Zdarzało się na przykład tak, że trzeba było do gotowego odcinka dopisać jakąś scenę, bo klient chciał koniecznie wcześniej w emisji z tym produktem już zaistnieć. Wtedy takie doklejane sceny zazwyczaj są wyczuwalne, więc lepiej już umieszczać taką reklamę w procesie twórczym, bo to zawsze wychodzi naturalniej.

Głównie polega to na tym, że trzeba taki sztuczny element układanki w tę układankę wmontować, tak sprytnie, żeby właśnie nie było widać, że jest to wmontowane. Żeby to było bardzo naturalne, żeby to było takie smaczne, nie przeszkadzało tak na prawdę. Żeby w odbiorze sceny nie było takiego wrażenia, że o teraz, tutaj jest product placement, prawda? To ma być zauważone i niezauważone jednocześnie – na tym polega sztuka, tak mi się wydaje.

Czy to jest tak, że Wy tworzycie całą linię kreatywną, w której ze scen w serialu czy filmie ukaże się dany produkt, wysyłacie to do akceptacji klientowi, klient mówi: tak, zgadzamy się, czy po prostu to już polega na tych wytycznych, które otrzymaliście i klient już się nie miesza?

Nie, zazwyczaj my nie uczestniczymy rozmowach producenta z klientem czy stacji z klientem. My dostajemy wytyczne już gotowe, później ta scena z tym product placement’em przez produkcję lub stacje wysyłana jest do akceptacji klienta. Może on mieć oczywiście uwagi, zdarza się oczywiście tak, że klient wie lepiej. Jak sam na przykład napisze scenę, która jego zdaniem powinna być – to pożal się boże. To tak troszkę, na taką małą złośliwość sobie pozwolę, że pozwólmy działać profesjonalistom w tym względzie.

Natomiast rzeczywiście klient musi być zadowolony, więc oni ostatecznie akceptują i wtedy to jest nagrywane zgodnie z tym, co jest w scenariuszu. Ale my nie kontaktujemy się z nim bezpośrednio. Nie ma rozmów, że oczekuje tego i tego. Jesteśmy ostatnim ogniwem, które wykonuje to zlecenie.

A jeszcze jedno mnie ciekawi, ile w takim razie zajmuje Ci przygotowanie scenariusza do jednego odcinka serialu? Czy to jest tak, że piszesz jeden i potem kolejny dopiero, czy piszesz poszczególne sceny odcinków. Jak wygląda taka praca?

To jest tak, że – tu użyje tego zdania “wytrycha”- to zależy od projektu i od gatunku, w którym akurat się poruszamy. Bo to może być serial, to może być telenowela, to może być dokument, więc każdy z nich pisze się inaczej; dłużej, krócej, szybciej, wolniej, jak wiadomo.

Natomiast możemy to jakoś doprecyzować. Serial około dwudziestopięcio minutowy, to jest dwadzieścia pięć – trzydzieści stron i pisze się je mniej więcej trzy dni. Seriale dłuższe, o długości czterdziestu czterech minut to można pisać nawet i tydzień, raz czy dwa. Raz spotkałam się w swojej karierze, że sama pisałam poszczególne sceny poszczególnych wątków i to mi zupełnie nie pasowało. Wolę jednak napisać pełny scenariusz od A do Z. Wydaje mi się, że bardziej panuje nad tymi rzeczami.

Czasami jak mam dwa projekty na raz to pisze dwa scenariusze równolegle. Kiedy przychodzą jakieś poprawki do odcinków, które już powstały to czasami robi się  bałagan w głowie, że trzeba wracać do tego, co już zostało napisane, a gdzieś tam w mojej głowie są już te historie i perypetie bohaterów bardziej zaawansowane… Rzeczywiście można takiej lekkiej schizofrenii dostać, więc jednak chronologię, moim zdaniem, tutaj dobrze jest zachowywać.

Jeden z naszych prelegentów na Wenusjankach opowiadał, że kiedy pisze swoje książki to ma program Excel i w nim pokazuje systematycznie, w jakiej scenie pojawiał się jaki bohater, jak się w tych scenach zmieniał po kolei. Czy Ty masz w głowie to wszystko, czy na każdym etapie jak tworzysz scenariusze to myślisz jednocześnie co powinien powiedzieć, jak się zachować Twój bohater. Masz to jakoś usystematyzowane czy raczej to jest taki freestyle? Czujesz tych bohaterów i dajesz im życie poprzez te sceny, w których oni grają?

Jeżeli projekt jest bardzo duży, na przykład serial codzienny i jest dwadzieścia odcinków w miesiącu i jest pięciu autorów to nie sposób jest wszystkiego zapamiętać oprócz swojej pracy. Oczywiście czytamy odcinki kolegów, ale to jest czasami ponad ludzkie siły zapamiętać to wszystko, więc na szczęście istnieje funkcja sekretarza, który się tym wszystkim zajmuje, który jest taką naszą pamięcią zewnętrzną.

Ma on streszczenia wszystkich odcinków, poszczególnych wątków i sezonów. Jeżeli czegoś nie wiemy, nie pamiętamy, to do takiej osoby piszemy i podpytujemy o różne sprawy. Czy ten bohater na przykład był już w takiej i takiej sytuacji. Jeżeli nie pamiętamy – a jest to możliwe w takim serialu typu telenowela, gdzie występuje czterdzieści czy pięćdziesiąt postaci – o jakiś rodzinnych powiązaniach to za to odpowiada osobna osoba, która jest dla nas taką encyklopedią serialu.

Jeżeli projekt jest mniejszy, na przykład składa się 12 czy 13 odcinków w sezonie to z reguły nikt taki potrzebny nie jest – to się po prostu pamięta. Dlatego, że się jest na tyle zżytym z tymi postaciami, one się stają nawet trochę częścią twojej rodziny przez pewien czas, do momentu do którego piszesz dany projekt, po prostu wiesz o nich wszystko.

Powiedz mi, czy zdarzały Ci się sytuacje kiedy myślałaś o jakiejś historii, opowiadałaś znajomym na spotkaniu jakieś wydarzenie, a potem sobie uświadamiałaś, że to się nie wydarzyło naprawdę tylko ja to napisałam w scenariuszu? Bo tak się zlałaś z tym życiem serialowym, że zaczęłaś tracić różnicę między rzeczywistością, a wymyślonym światem?

Nie, nie zdarzyło mi się to. Czytałam tylko taką cudowną książkę “Ciotka Julia i skryba” i tam się faktycznie scenarzyście coś takiego przytrafiło, bo oszalał. Nie, nie, jednak to jest w dalszym ciągu tak, jak mówiłam o tym prawdopodobieństwie. W dalszym ciągu jednak to jest życie serialowe, mimo tej zasady, którą przestrzegamy, jest tak dalekie od prawdziwego życia, że jednak moim zdaniem nie sposób jest to pomylić. Nawet jeżeli robi się tego rzeczywiście dużo, to nie. Jeżeli używam sytuacji życiowych, na przykład wręcz, bo tak też mi się kiedyś zdarzyło w jednym serialu, że przeniosłam żywcem postać z życia do serialu, to raczej mi się to nie myli.

Co najbardziej lubisz w swojej pracy i jednocześnie co jest najtrudniejsze?

Najbardziej lubię to, że to co napiszę, to co wyjdzie spod mojej klawiatury potem mogę zobaczyć na dużym ekranie telewizyjnym. Trochę się śmieje, że słowo ciałem się staje. To jest bardzo ekscytujące, bo to jest taki namacalny proces twórczy. Ja sobie siedzę w swoim pokoiku, dłubie w komputerku i potem pracuje nad tym sztab ludzi, a potem po prostu jest to emitowane i jest to super ekscytujące. Tak jak powiedziałam – jestem scenarzystą od jedenastu lat –  to za każdym razem jak rodzi się moje nowe dziecko – to znaczy jak mój nowy projekt  gdzieś zostaje sprzedany i potem jest realizowany, a potem finalnie się pojawia, to jest radość taka sama, więc to jest cudowne.

Najtrudniejsze w mojej pracy jest to, że jest ona bardzo żmudna. Samo wymyślanie jest fajne i ekscytujące i wiele osób to bardzo lubi, bo to jest po prostu kreacja i każdy twórca wie, jakie to jest miłe uczucie. Natomiast potem zaczyna się właśnie ta mrówcza praca. Te literki – jak ja to mówię – wklepać trzeba. Pamiętać co się z czym klei, co się z czym nie klei. Do tego należy używać swojej wiedzy technicznej, realizacyjnej, żeby potem nie robić kłopotu ekipie na planie, żeby nie pisać głupot, które potem w realizacji zdjęć się ze sobą zupełnie nie pokleją, nie skomponują.

Praca na materiale, który się ma w głowie, żeby go tylko przelać na papier to jest chyba najtrudniejsze. Wymaga ogromnej dyscypliny, żeby to po prostu robić systematycznie. Żeby nie było przestojów, bo to jest naprawdę dużo fizycznego pisania. Scenariusz to jest między dwadzieścia pięć tysięcy, a czterdzieści sześć tysięcy znaków – zależy jakiej długości jest emisja.

Jest to objętościowo naprawdę bardzo dużo pisania i jak się tych projektów robi na przykład dwa jednocześnie to rzeczywiście człowiek przelicza swoją pracę na setki stron miesięcznie. To jest najtrudniejsze, żeby to po prostu spisać, to wszystko co się ma w głowie.

OK, wiesz jeszcze zapytałabym Cię o to jak Ty sprawiasz, że dialogi napisane dobrze brzmią mówione, bo wiem, że to też jest problem?

Bardzo prosto, to znaczy wszystkie dialogi czytam sobie na głos.

Naprawdę? Czyli pisząc scenariusz czytasz go od razu na głos

Tak, napiszę sobie scenę i potem ją czytam. Didaskaliów oczywiście nie, bo to jest bez znaczenia, natomiast dialog każdy czytam na głos, żeby usłyszeć czy na przykład nie zmienić szyku, czy na przykład nie ma zbitki wyrazów, które będą trudne do wypowiedzenia, więc tutaj trzeba aktorowi pomóc. Pisanie jest jak muzyka, to znaczy musi być rytm, dialog ma być prawdziwy i jak się go przeczyta, to nie może być fałszywej nuty w nim, bo to natychmiast widać. Moim zdaniem, jeżeli ktoś tego nie robi to popełnia ogromny błąd, bo wtedy może się brać z tego sztuczność dialogów. Wszystko musi wybrzmieć, to trzeba usłyszeć.

Dziękuje za rozmowę.

Maura Ładosz

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Trudno mi powiedzieć ile dokładnie znam Basię Stawarz. Myślę, że z pięć lat… To osoba wyjątkowo barwna, wesoła, która nie wpisuje się w istniejące schematy. Uparta i ambitnie dążąca do wybranego celu. Jest często na nim tak bardzo skupiona, że potrafi wiele poświęcić dla jego osiągnięcia.

Niedawno wróciła z ośmiomiesięcznej podróży, na którą zdecydowała się w najbardziej zaskakującym dla wszystkich momencie. Jej wcześniejsza firma – Content King – świetnie sobie radziła, ona była zasypywana propozycjami.  I nagle, niemal z dnia na dzień pakuje rzeczy i wyjeżdża w daleki świat.

Dziś zapraszam Was do rozmowy jak zmienił ją ten wyjazd, jej postrzeganie życia i zarabianie na życie.  Basi sposób jak z piątego biegu wrzucić na luz…

Zapraszam do lektury.

Anita Kijanka: Basiu, jesteś na imprezie rodzinnej, jak opowiadasz rodzinie czym się zajmujesz, na czym polega Twoja praca?

Barbara Stawarz: Myślę, że większość naszej branży ma problem z tym, żeby wytłumaczyć naszym rodzicom, a już dziadkom tym bardziej, czym się zajmujemy. Moja babcia ma ulubione określenie. Za każdym razem jak siedzę przy komputerze i ona wchodzi do pokoju, patrzy i mówi „Acha, piszesz. Dobrze to Ci nie przeszkadzam”. Dla niej każdy kto siedzi przy komputerze zajmuje się pisaniem i nie należy mu przeszkadzać. A ponieważ zajmuję się content marketingiem, to najłatwiej może to wytłumaczyć właśnie tak, że piszę?

Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

Najbardziej lubię widzieć efekty przekazanej wiedzy, czy zainspirowania, zmotywowania kogoś. Nie samo wgryzanie się w dziedzinę content marketingu, tylko przekazywanie tej wiedzy dalej. Czy w pracy consultingowej w firmach, czy edukacyjne na szkoleniach i uczelniach. Najwięcej satysfakcji sprawia mi już ten owoc pracy i praca z ludźmi. To poczucie, że to ma sens jest dla mnie budujące i motywuje do działania.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Dlatego napisałaś książkę, między innymi o content marketingu?

Tak, napisałam książkę z kilku powodów. Pierwszym na pewno było to, że chciałam zebrać w jednym miejscu wszystkie tematy dotyczące content marketingu, którymi się zajmowałam. A drugim powodem na pewno było to, żeby osoby zainteresowane tym tematem, mogły bez wertowania internetu sięgnąć do książki i działać samodzielnie. Nie każdy ma okazję albo chęć przychodzenia na szkolenia, na konferencje, a po książkę jest sięgnąć w miarę łatwo.

Ale mówi się, że ludzie nie czytają książek? Myślisz, że faktycznie tak jest? Skoro zdecydowałaś się na taki krok.

No nie czytają, nie będę tu polemizować z danymi. Nawet jak kupujemy, co już jest domniemaniem, że jednak czytamy, to i tak często nie czytamy, tylko te książki mamy. Jestem też przekonana, ba, wiem, że sporo osób ma moją książkę i nigdy jej nie czytało. Sporo moich koleżanek mnie zaskoczyło wysyłając mi zdjęcie książki, chociaż wiem, że kompletnie im się do niczego nie przyda, ale mają, więc to bardzo miłe.

Nie czytamy książek, które są czytane dla przyjemności. Czytamy jednak książki, które mają sprawić, że będzie nam w życiu lepiej. Content marketing to jest to, co albo da nam więcej pieniędzy w biznesie, albo zbuduje naszą markę osobistą, więc to jest książka bardzo użyteczna. A my, tak jak nie lubimy dzisiaj tracić czasu na spędzanie go z ludźmi, bo uważamy, że to nie jest inwestycja, która się zwróci, tak nie lubimy czytać książek, które też się nam nie zwrócą. Ile osób czyta dziś poezję?

„Content marketing po polsku” to jest książka biznesowa, dlatego ona jest poniekąd inwestycją, ale brutalna prawda jest taka, że tam gdzie nie ma zwrotu z inwestycji, tam coraz częściej nie ma nas.

To powiedz mi, jak na Ciebie wpłynęła ta książka? Bo też to była inwestycja czasu, pewnie jakiś środków. Jak ta książka zmieniła Twoje życie?

Napisanie książki przekłada się na markę osobistą, więc na pewno miałam więcej pracy i jeszcze mniej czasu. Z jednej strony to jest bardzo pozytywne, ale z drugiej strony przyczyniło się też do tego, że potrzebowałam dosyć długiej przerwy od tego biegu, od tego pędu. Na pewno polecam napisanie książki każdemu, kto chce zaklepać sobie miejsce w danej dziedzinie dając tym znak: tak, jestem tutaj, zajmuję się tym, to jest temat na którym się znam. To bardzo się sprawdza w budowaniu marki osobistej.

Teraz zaczniemy wątek właśnie Twojego wyjazdu. Przed wyjazdem miałaś taki szalony czas: dużo pracy, wydałaś książkę, mnóstwo konferencji, publikacji, materiałów, szkoleń. Jak wspominasz tamten czas teraz?

Myślę, że tutaj dość Cię zaskoczę, dlatego, że jak patrze na tamten czas po powrocie to bardzo siebie doceniłam. Widzę, że wtedy, zapytana o to ile pracuję, kiedy mam na to wszyscy czas, machałam ręką i mówiłam „no jak to, po prostu dyscyplina, kalendarz, zadaniowość, jest cel, jest jego realizacja – nic nadzwyczajnego”. I byłam sobie takim robocikiem, który realizował te wszystkie cele po kolei.

Ale też wiem, że nie zmarnowałam tego czasu i po podróży bardzo doceniłam to, co zrobiłam, bo też dzięki temu mogłam wyjechać. Mogłam sobie zrobić taką dłuższą przerwę i myślę, że póki co, czuję, że wróciłam bezboleśnie. Ludzie, którzy chciałabym, by o mnie pamiętali — pamiętają. To ważne i miłe bo przecież wróciłam, by dalej rozwijać się, działać i pracować. I nawet miałam w podróży kilka razy moment, że brakowało mi tego. Przed wyjazdem jednak nie widziałam w ogóle ile pracuję, a teraz z perspektywy czasu to widzę i bardzo też to doceniam.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

A gdybyś musiała porównać Basię sprzed roku, jest teraz październik dwa tysiące szesnaście z Basią sprzed października dwa tysiące piętnaście? Czym się różnicie, i czym będzie się różnił Twój personal branding? Bo domyślam się, że jest teraz inny.

To najpierw może ta różnica, czym się różnimy. Na pewno różnimy się podejściem do czasu.

Sama też wiesz, że kiedyś potrafiłam być w kilku miejscach jednocześnie, kiedy czułam, że to jest ważne i potrzebne, a dzisiaj patrze na to ze zdziwieniem. Ważne, potrzebne? Serio?

Kiedy widzę pusty dzień w swoim kalendarzu to zostawiam go celowo, żeby to był dzień spokojny, żeby to był dzień który się sam zapełni. Kiedyś takich dni nie było. Dzisiaj nie buduję tak swojego kalendarza, więc to się najbardziej różni – moje podejście do czasu.

Teraz branding…

Tak, branding Basi teraz, a wcześniej.

Nie  wydaje mi się żebym przybrała tutaj jakąś inna strategię, dlatego, że, zawsze to powtarzałam, bardzo wierzę w autentyczność marek osobistych. Tak jak wcześniej byłam takim trochę demonem pracy i rzeczywiście tego było sporo, tak teraz czuję, że po podróży zmieniłam się i zwolniłam, więc to na pewno będzie odczuwalne.

Ważniejsze stały się dla mnie tematy społeczne, ważniejszy stał się dla mnie marketing wartości. Bardzo zwracam uwagę na etykę w marketingu, na społeczną odpowiedzialność biznesu, więc na pewno też będę kłaść nacisk na to, żeby te tematy pogłębiać i promować. Chcę mówić o tym, że to jest ważne, że dzisiaj marketing tylko taki, który pomaga ulepszać świat ma sens. Marketing, który jest bliżej konsumenta.

Miałam Cię zapytać, czym się będzie różniła Twoja nowa firma od wcześniejszej. Czy coś jeszcze uzupełnisz czy tak właśnie, tym się będzie różnić?

Na razie nie mam zamiaru rozwijać firmy w kierunku agencyjnym. O ile wcześniej była to agencja content marketingowa i działalność typowo usługowa, to na razie mam zamiar skupiać się na edukacji i na pracy wewnątrz firm, na pracy z klientami, a nie na usługach. Zobaczymy czy ten kierunek się sprawdzi, jak nie to będę „pivotować” jak startup 😉

Teraz wróćmy jeszcze na chwilę do grudnia zeszłego roku, kiedy zamknęłaś pewien rozdział, trzasnęłaś drzwiami, spakowałaś się (podziwiam Cię, bo ja mam duży problem ze spakowaniem się na tydzień, nie mówiąc już o pakowaniu się na kilka miesięcy) i co czujesz?

Och, jaką ulgę… Pamiętam ten moment kiedy zamknęłam piwnicę i w niej było całe moje życie. Spojrzałam na te wszystkie rzeczy, które zostawiam, z pełną świadomością, że jak wrócę, to pewnie kompletnie nie będę pamiętać co tutaj jest i gdzie. Oczywiście jak wróciłam, to nie pamiętałam. Ale wtedy, jak wyjeżdżałam, to była taka wielka ulga, że teraz tego wszystkiego już nie potrzebuję, to nie jest całe moje życie – teraz moje całe życie jest tam, gdzie jestem ja i to jest najważniejsze.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Zobacz, osiągnęłaś tak dużo, napisałaś książkę, byłaś na samym szczycie, w pewnym momencie i jeżeli chodzi o personal branding i skojarzenia z content marketingiem. Mówili, że content marketing się skończył bo wyjeżdżasz. Nie bałaś się zostawić tego wszystkiego? Na pewno wiele osób Ci mówiło o swoich lękach i mówiło Ci “jak możesz?”. A Ty wyjeżdżałaś.

No tak, absolutnie tutaj masz rację, bo po pierwsze wyjechałam i odeszłam też z firmy w najlepszym momencie z możliwych. To znaczy w najlepszym momencie zawodowym jaki mogłam sobie wymarzyć. Nie narzekałam na brak propozycji, no na nic. Tak naprawdę świetny czas zawodowy, a ja mówię, że „Hola, hola! To ja teraz rzucam wszystko i wyjeżdżam”. No i tak też w życiu moim bywa, że lubię sobie powywracać do góry nogami, a później znowu budować od początku.

Wszyscy się dziwili – to na pewno. Myślę, że to było zdziwienie, ale czułam, że jak tego nie zrobię, to zacznę działać trochę wbrew sobie. Też mam wrażenie, że w pewnym momencie zaczęłam wchodzić w nie swoje buty. A czy się nie bałam? Bardzo się bałam, bałam się wszystkiego.

Bałam się i podróży i wszystkich lotów, które przede mną i wszystkich złych ludzi, których mogę spotkać. Strach ma wielkie oczy. I oczywiście bałam się tego co będzie po powrocie.

Wszyscy mi powtarzali, którzy wyjeżdżali, że przed wyjazdem nie ma sensu myśleć w ogóle o tym co będzie po powrocie. Ale strach był ogromny – chociaż sama przed sobą się do niego starałam nie przyznawać.

Wiele osób też mówiło „o wspaniale, wielomiesięczna podróż, też bym tak chciał”. A uważam, że wcale nie, że większość osób wcale by tak nie chciało. Gdyby chciało, toby zrobiło. To nie jest aż tak trudne. Ale jest to naprawdę takie wyjście poza wyświechtaną strefę komfortu. Wszyscy o tym mówią, ale co to jest? Gdzie to jest? Sam fakt, że przez wiele miesięcy nie wracasz do swojego miejsca, do swojego łóżka. Jest się jak taki żółw, który się przemieszcza i trzeba wszystko znaleźć w sobie. Nie w ludziach, którymi się otaczamy, nie w przedmiotach, które mają nam coś dać. Po prostu całą sobą jesteś siłą i oparciem dla siebie. Czasami przeciwko całemu światu, który codziennie wychodzi na spotkanie i niekiedy z torbą obitych jabłek w dłoni.

Jak teraz zastosujesz tę wiedzę, którą zdobyłaś o sobie, o tym co przeżyłaś w trakcie tych podróży w codziennym życiu? I czy myślisz, że to się przełoży na Twój biznes czy nie?

Jest bardzo dużo rzeczy, które mi ta podróż dała, ale też starałam się w tym czasie od biznesu odciąć. Więc widzisz – pytasz o zwrot z inwestycji jaki mam z tej podróży.

To znaczy chodzi mi bardziej o to, czy pewne rzeczy, które odkryłaś w sobie podczas podróży, których wcześniej sobie nie uświadamiałaś pracując intensywnie, nagle widzisz i stwierdzasz, „dobra, teraz taka będę”, bo tak będzie bardziej moje, bo na przykład się zmieniłaś.

Tak, na pewno wiele się zmieniło poprzez doświadczanie, bo tylko w taką zmianę wierzę. Nie w powiedzenie sobie – będę taka. Ale nie patrzyłam na tę podróż jako na coś, co mi coś da, jakaś podróż w głąb siebie, poszukiwanie czegoś, kogoś. Zupełnie nie. Ja po prostu chciałam wyjechać, odpocząć, czegoś doświadczyć i wrócić. Ale widzę, że odkąd wróciłam bywam bardziej złośliwa, taka trochę bezczelniejsza, a może bardziej asertywna? Myślę, że pewniejsza siebie i doroślejsza, dojrzalsza. Nie wiem czy tego oczekiwałam, he he, ale to chyba bierze się z dużego dystansu, którego nabrałam do bardzo poważnych #problemówpierwszegoświata.

Na pewno czuje się o wiele, wiele silniejsza i nie wiem czy mi to pomoże, czy bardziej zaszkodzi.

Zadam Ci totalnie typowo branżowe pytanie – dobrze Ci znane pojęcie  FOMO, Fair of missing out. Cały czas oglądamy Facebooka, sprawdzamy maila bo boimy się, że coś stracimy a Ty, nagle, na kilka miesięcy wyjeżdżasz.

Myślisz, że nie miałam FOMO?!

Bardziej chciałam zapytać jak ono przebiegało.

Miałam ogromne i to niesamowite było tego nagle doświadczać. Od 6 lat na zajęciach ze studentami, namawiałam ich do tego, żeby się wyłączyli z Facebooka na jakiś czas i obserwowali. Niektórzy przez dwa tygodnie robili wielki detoks. Byli wtedy bohaterami roku.  Sama też to stosowałam, kiedy nie wykorzystywałam Facebooka tak intensywnie do pracy. Obserwowałam FOMO, czytałam o tym i mówiłam na zajęciach czy konferencjach.

No, ale nagle zaczęłam tego doświadczać.

Szczytem była Vipassana – dziesięciodniowe odosobnienie medytacyjne w milczeniu, bez kontaktu wzrokowego z innymi. Trudno się to opisuje słowami, jakie to jest przeżycie, kiedy nie ma dookoła nic, a okazuje się, że jest wszystko.

My tak myślimy, że właśnie wyłączenie się z serwisów społecznościowych, to naprawdę jest jakieś głębokie poczucie straty – swoją drogą też, ale do tego zaraz przejdziemy.

Ale wróćmy do FOMO. Przez pierwsze tygodnie miałam ogromne, a  później, kiedy już miałam internet, ale na przykład tak dorywczo jak na Kubie, w czterdziestostopniowym upale, z mokrymi dłońmi próbowałam coś na tym smartfonie sprawdzić. Raziło mnie  słońce, zrywało się połączenie i widzę, że się tyle dzieje, wszyscy działają i się rozwijają, a ja tu siedzę na tyłku. Co ja tu w ogóle robię?

Wiele razy nachodziła mnie taka myśl i sama musiałam się krygować i odpowiadać sobie na to pytanie – No odpoczywasz, to jest Twój czas i tak sobie postanowiłaś. Póki mi było z tym dobrze, to tak robiłam.

Ludzi musi poruszać Kuba, kiedy widzą, że wszyscy w domach siedzą i obojętnie o której godzinie nie wejdzie się do jakiegokolwiek domu czy mieszkania, to w salonie wszyscy zawsze siedzą i rozmawiają, to niespotykane.

U nas zadawalibyśmy pytanie, sama też często pytałam – czy coś się stało? Wszyscy siedzieli i rozmawiali. Oni tam po prostu nie mają co robić, więc siedzą i rozmawiają. U nas wszyscy są po kątach, gdzieś każdy coś robi, a tam siedzą i rozmawiają.

A FOMO znika po czasie, więc okazuje się, że jest do oswojenia.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Wróciłaś do Polski po podróżach i stwierdziłaś, że zakładasz jeszcze raz firmę. Co takiego jest w byciu przedsiębiorcą, że stwierdziłaś, że chcesz znowu wrócić i założyć coś własnego?

Chyba nie wyobrażam sobie dzisiaj pracy na czyichś warunkach. Kiedy pracujemy na swój rachunek, czy jako freelancerzy lub kiedy rozwijamy swoje firmy, to jesteśmy panami swojego czasu. To my wyznaczamy kierunek działania, my decydujemy kiedy i ile chcemy pracować, w jaki sposób i ile chcemy zarabiać.

Jesteśmy niezależni, samodzielni i wydaje mi się, że jak siebie poznałam w różnych modelach współpracy, to nie nadaję się ani do spółek, ani do tego żeby wykonywać czyjeś zadania. Wydało mi się to kompletnie naturalne, że przyjadę i będę robić co będę chciała. Mam nadzieję, że jak najdłużej.

To w takim razie czym będzie happy content?

Happy content… Wiesz co, kiedyś miałam bardziej emocjonalne podejście do tego, ale dzisiaj tak sobie myślę – Happy content jest nową firmą, którą sobie zrobiłam, żeby mieć pracę i żeby mieć z czego żyć i żeby mieć zajęcie i satysfakcję z pracy. To jest moja nowa praca, a że sprawia mi radość i daje satysfakcje, pozwala żyć na dobrym poziomie, to tym lepiej. Miliony ludzi na świecie mogą tylko pomarzyć o tak komfortowej sytuacji. A miliony innych nawet nie wiedzą, że taki świat istnieje. Kiedy tłumaczyłam Kubańczykom jak pracują blogerzy, to usłyszałam – to tak można żyć? W podróżach nie chodzi o to, by oglądać biedę, ale często by zrozumieć, że mamy tak wiele, a i tak marnujemy ten potencjał, którego innym nigdy nie będzie dane nawet poznać.

To kiedy kolejna podróż?

Chyba szybko… Śledzę loty, promocje, otwieram google maps… Takie stare nawyki, he he. Kilka dni po powrocie ogromnie się cieszyłam, że wróciłam, że znowu mogę rozpakować te wszystkie pudła. Przez dwa tygodnie wnosiłam wszystko z powrotem do mieszkania, układałam, cieszyłam się, że jestem na miejscu. Ale nowe plany już są, tylko na pewno, póki co, nie chcę już pakować kartonów. A jak wiadomo, z kartonami nie ma żartów.

Jak z piątego biegu wrzucić na luz

Nasz przepis na sukces – o budowaniu woodstockowej społeczności

Nasz przepis na sukces – o budowaniu woodstockowej społeczności

O tym jak duże wrażenie wywarł na mnie Festiwal Woodstock pisałam już wcześniej tutaj. W tym wpisie zapraszam Was do wywiadu z Krzyśkiem, który zdradza ich przepis na sukces w budowaniu woodstockowej społeczności wolontariuszy działających przy WOŚP i realizowanych projektach.

Zawsze pasjonowała mnie logistyka eventowa, to w jaki sposób ktoś coś robi, a czego się wystrzega. O czym pamiętać, na co zwrócić uwagę. Ten wywiad, dość długi, to kopalnia pomysłów i informacji, a jak się uczyć to oczywiście od najlepszych.

Zapraszam do rozmowy!

AK: Powiedz mi kim jesteś i w skrócie opowiedz czym się zajmujesz?

KD: Nazywam się Krzysiek Dobies. Jestem rzecznikiem prasowym Fundacji WOŚP i Przystanku Woodstock. Odpowiadam nie tylko za kontakt z mediami, ale także za całokształt komunikacji, działań informacyjnych i wizerunkowych. Z racji tego, że w Fundacji pracuje niewiele osób, to mamy zagregowane obowiązki z różnych dziedzin. Ja oprócz tego, że zajmuję się komunikacją, to dodatkowo koordynuję całą aktywność w dziedzinie IT, ponieważ także jestem informatykiem. Jeżeli chodzi o Przystanek to moją pracą na festiwalu także jest komunikacja i współpraca z mediami.

AK: Od jak dawna pracujesz już w WOŚPie?

KD: Niedługo minie 15 lat odkąd dołączyłem do pracy w Fundacji. Natomiast jeśli mówimy o zaangażowaniu w WOŚP, to niemal od samego początku istnienia Fundacji, ponieważ już w 3. Finale po raz pierwszy byłem wolontariuszem – zbierałem pieniądze do skarbonki. Później był Pokojowy Patrol, różne formy zaangażowania, które zmieniały się na przestrzeni lat. A od ponad 14 lat pracuję jako członek załogi.

AK: Ile w tym roku było ludzi na Woodstocku?

KD: Bardzo trudno jest to policzyć, są to tylko szacunki. Nie mamy biletów, bramek z licznikami, które się kręcą przy każdej wchodzącej osobie, więc szacujemy na podstawie różnych meldunków – bierzemy pod uwagę ilość samochodów, PKP. Analizujemy jaka część terenu jest zajęta i porównujemy to z poprzednimi latami. Szacujemy, że w ciągu tych trzech dni na festiwalu przewinęło się ok. 450 tys. – 500 tys. osób.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że Przystanek Woodstock to są 4 imprezy masowe, co pod względem formalnym jest niezwykle ważne. Oprócz imprez na terenie festiwalu prowadzonych jest szereg różnych aktywności i funkcjonuje ogromne pole namiotowe – to już nie jest część imprez masowych. A to wszystko razem składa się na Przystanek Woodstock i liczba uczestników odnosi się do całego przedsięwzięcia, a nie do poszczególnych imprez.

o budowaniu społeczności

AK: Mnie fascynuje organizacja, ale przede wszystkim to, w jaki sposób koordynowani byli wolontariusze i cały Pokojowy Patrol. Zaczynając od wolontariuszy, to ilu ich w sumie było?

KD: Było 1300 osób w Pokojowym Patrolu razem z Patrolem Medycznym, bo jest on również traktowany jako Patrol, to też są wolontariusze, lecz ich praca ma nieco inną formę. Te osoby były doskonale zorganizowane, co jest efektem naszych doświadczeń. Wszystko co widzimy na festiwalu, to jest nasza praca, ale także już 22. letnie doświadczenie w organizacji imprezy. Z Patrolem jest podobnie. Bez wolontariatu ta impreza nie mogłaby się odbyć.

Festiwal Przystanek Woodstock jest wydarzeniem niekomercyjnym, więc nie służy zarabianiu pieniędzy. Budżet musi być zbudowany tak, aby bez wpływów z biletów, sprzedaży czegokolwiek festiwal mógł się odbyć. Oparty jest przede wszystkim na środkach sponsorskich, natomiast jeśli chodzi o pracę, to opiera się ona na wolontariacie. Patrol i wolontariat istnieją tak naprawdę od samego początku, od pierwszego festiwalu.

Idea Pokojowego Patrolu wzięła się ze Stanów Zjednoczonych, z wizyty Jurka Owsiaka na Woodstocku Amerykańskim w 1994 roku. Pojechał tam wtedy zrealizować reportaż – półtoragodzinny film dla Telewizji Polskiej. Jest on naprawdę fantastyczny, więc jeżeli ktoś ma okazję, to niech go obejrzy. Jest to film pokazujący Woodstock Amerykański od strony widza i tego, jak tam było.

AK: Czy Woodstock Amerykański różni się od naszego?

KD: W dzisiejszych czasach nie. Jakbyśmy porównali Amerykański Woodstock z 1994 roku Przystankiem Woodstock od 2014 r, to podobieństwo jest naprawdę uderzające. Przyczyniło się do tego to, że Polska się zmieniła i trochę dorosła do ówczesnych czasów. Jakbyśmy porównali nasz pierwszy Woodstock w Czymanowie do festiwalu Amerykańskiego, to są właściwie dwa światy.

Widać było kierunek, do którego chcemy zmierzać, inspirację i do dziś to się realizuje. Z Pokojowym Patrolem jest tak samo, dlatego że w Stanach Zjednoczonych praca na festiwalu była oparta na pomocy wolontariuszy z napisem „Peace Patrol”. Nawet nazwa została przeniesiona jeden do jednego. Szukając pomysłu, koncepcji na zbudowanie naszego festiwalu ten pomysł został zapożyczony. Początkowo byli to ludzie, którzy po prostu przyjeżdżali na festiwal. Później, gdy rosła wielkość wydarzenia i ilość pracy do zrobienia, rosła także ilość osób, które są potrzebne do pomocy.

Na przestrzeli lat pojawiły się regulacje i przepisy, które musiały być przestrzegane przez organizatorów imprez masowych. Kiedy zaczynaliśmy z Przystankiem Woodstock byliśmy w takim bardzo mętnym prawnie miejscu, gdzie zupełnie nic nie było uregulowane. Z biegiem czasu pojawiały się kolejne przepisy, weszła ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych. Ustawa ta wskazywała, jakie powinny być przygotowanie dla osoby, która pracowała w służbie informacyjnej. Pojawił się wymóg i konieczność szkolenia osób, które mają taką funkcję pełnić. One też stały się jednym z ważniejszych działań statutowych Fundacji. To właśnie od szkoleń Pokojowego Patrolu zaczęło się zaangażowanie Fundacji WOŚP w propagowanie idei i wiadomości wiedzy o pierwszej pomocy przedmedycznej, która jest jednym z głównych elementów tych właśnie szkoleń.

o budowaniu społeczności

AK: I też były te podziały na koszulki?

KD: Podział na koszulki był od samego początku, tylko że na pierwszych trzech festiwalach była to jedna koszulka – biała. Wtedy były tylko białe koszulki, nie było jeszcze aż takiej zbudowanej hierarchii. Już wtedy zaczęły funkcjonować grupy, ponieważ było na pierwszym Woodstocku ponad 100 osób, więc żeby zarządzać w miarę logicznie taką grupą ludzi, to trzeba było wprowadzić odpowiedni podział zadań. Pojawiły się grupy patrolowe i osoby pełniące funkcje liderów danych grup. Nie powstała jeszcze wtedy jednak aż taka struktura

AK: To jak to teraz działa?

KD: Teraz jest to dosyć skomplikowana struktura, która działa nie tylko przy okazji festiwalu. Zasadniczo Patrolowcy funkcjonują w dwudziestoosobowych grupach. Każdą grupą zarządza jedna osoba, która jest liderem. Staramy się to funkcjonowanie grup utrzymywać nie tylko na festiwalu Przystanek Woodstock, ponieważ liderzy często mają kontakt z osobami ze swoich grup w ciągu całego roku. Liderów przygotowujemy zupełnie oddzielnie do ich pracy, ogólnie szukamy osób, które mają do tego predyspozycje. Jest to bardzo odpowiedzialna rola.

Jak już mówiłem, grupy są dwudziestoosobowe i jest ich kilkadziesiąt. Zupełnie oddzielną ekipę ludzi stanowią liderzy, których też już mamy duże grono. Grupy mają swoje specjalizacje – są grupy „lotne”, które pracują na polu i zajmują się zabezpieczeniem terenu festiwalu, ale są również grupy „specjalistyczne”, które zajmują się obsługą sprofilowanych zadań. Na przykład pewna grupa Patrolu, osób, które mają do tego predyspozycje i przygotowanie, zajmuje się obsługą prasową Przystanku Woodstock albo obsługą redakcyjną, czyli są to osoby, które mają umiejętności w danej dziedzinie.

Grupy specjalistyczne są raczej stałe i też są oddzielnie przygotowywane do swojej pracy. Natomiast grupy lotne, które pracują na terenie festiwalu, są utworzone z osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z festiwalem i jest to okazja, żeby wszystko poznać – bywają w wielu miejscach, pełnią wiele zadań, dowiadują się nowych rzeczy o festiwalu. Są osoby, które w Patrolu, są już całe lata, doświadczenie jest czymś, co później pozwala nam jakąś osobę uczynić liderem grupy, ponieważ jej wiedza jest na tyle duża, że takiej osobie można powierzyć kierowanie grupą.

Całość Pokojowego Patrolu zarządzana jest w trakcie festiwalu przez Zintegrowane Centrum Dowodzenia, dlatego, że poza patrolem, na Woodstocku, pracuje jeszcze kilka struktur, służb, które są odpowiedzialne za różne elementy. Mówimy tu nie tylko o bezpieczeństwie, ale na nim się teraz skupimy. Mamy Pokojowy Patrol, Patrol Medyczny, który jednak funkcjonuje jako oddzielna grupa specjalistów, mamy Patrol Niebieski, czyli służbę ochrony. Nie zapominajmy o pracujących strażakach, policjantach, służb zza ramienia wojewody. Żeby to wszystko razem miało sens, żeby nasze patrole, członkowie, pracownicy ochrony i służby były spójne w swoich działaniach, to pracę ich wszystkich koordynuje Centrum Dowodzenia.

AK: Dużo osób jest w takim Centrum Dowodzenia?

KD: Jeżeli dobrze liczę, to w centrum pracuje 5-6 osób. Pracują oni całą dobę, podzieleni są na dyżury. Centrum Dowodzenia, to taki kontener, w którym stoi wielki stół, przy nim siedzi przedstawiciel patrolu, ochrony, policji, straży, itd. To miejsce do wzajemnej wymiany informacji. W momencie, gdy idzie Pokojowy Patrol, to ochrona jest poinformowana. Jeżeli są potrzebne działania np. policji, to ona również otrzymują taką informację z Centrum. Wszystko jest natychmiast realizowane.

AK: A jak to wygląda nocą?

KD: Tak samo. Pokojowy Patrol pracuje zmianowo, ale oczywiście w trybie 24-godzinnym. To znaczy, że my cały czas musimy mieć ludzi „na służbie”, czyli pracujących oraz obsługujących dane punkty, czy wykonujących dane zadnia.

AK: Jak to się dzieje, że 1300 osób chce pracować w takim systemie, czyli 8 godzin na trzy zmiany za darmo? 

KD: Motywacja do pracy w Patrolu jest ogromna! Wielu Patrolowców przyjeżdża na Przystanek co roku. Pewnie po części także dlatego, że Pokojowy Patrol, jest to taka ekipa ludzi, którzy niesamowicie się ze sobą zżywają, zaprzyjaźniają. Ja sam swoją żonę poznałem w Pokojowym Patrolu. Wiem, że ta moja rola, jaką pełniłem i pełnię w Orkiestrze zmieniła mocno moje życie i pewnie dzięki niej jestem tutaj. To że dziś w Fundacji pracuje bardzo dużo osób, które swoje korzenie mają w Patrolu, to jest to osobna opowieść. My jako Fundacja swoje kadry i swoją energię czerpiemy z tego grona ludzi.

Na przestrzeni 22. lat przewinęło się przez Patrol kilka tysięcy osób. Jedni oczywiście tę przygodę zakończyli, a inni w tym cały czas trwają i są coraz bliżej Fundacji – zaczynają z nami pracować i tworzyć to, co na co dzień robi Orkiestra. Także naprawdę motywacja jest silna. Na pewno także dlatego, że festiwal jest oparty na pewnych wartościach i ideach, które skupiają ludzi – tych, którzy na niego przyjeżdżają, tych, którzy działają z Orkiestrą w ciągu roku, nie tylko przy Finale.

Finał i Przystanek Woodstock są to dwa nierozerwalne elementy działalności Orkiestry, które są silnie ze sobą powiązane. Patrol jest również zaangażowany podczas Finału, to nie jest tak, że tylko na Woodstocku z nami pracuje. Wszystko jest oparte na wartościach, ideach, i to jest najważniejsze. Oczywiście, do pracy z Orkiestrą motywuje Jurek Owsiak, który jest magnesem, człowiekiem z charyzmą i potrafi ludzi przekonać do pewnych wartości. Oprócz tego mamy świadomość, że Patrol jest takim „samograjem”. Osoby, które już w Patrolu są i poczują magię tej przygody i tego rodzaju wolontariatu, bardzo często ciągną za sobą kolejne osoby i dzięki nim widzimy coraz większą chęć bycia w tym gronie, w tej „rodzinie”, w grupie przyjaciół.

Często grupy patrolowe, dwudziestoosobowe ekipy, naprawdę stanowią społeczności bardzo ze sobą zżyte, są sobie niezwykle bliscy. Od samego początku tak zaczynały funkcjonować grupy patrolowe – w drugiej połowie lat 90. kiedy te grupy zaczęły się krystalizować, bardzo często relacje z festiwalu trwały nawet po nim. Robili zloty, spotkania, zaczęli budować relacje, powstała niezależna społeczność. To między innymi ona przyciąga ludzi. Widać, że na przykład gdzieś w mieście, co tydzień w jakiejś knajpie spotyka się ekipa zakręconych czymś ludzi. Na innych to natychmiast działa jak magnes, zaraz zaczynają pytać „co zrobić, żeby zacząć się z wami spotykać?”.

Ogromną rolę odgrywają wartości, na których jest to zbudowane – to, że festiwal nie służy celom zarobkowym, jest on zorganizowany dla ludzi. Z jednaj strony w ramach podziękowania za ich zaangażowanie w Finał, ale także coś, co chcemy im dać z pewnym pakietem działań. Nie jest to tylko muzyka. Jest wiele działań społecznych – ASP, spotkania, sama wartość festiwalu jako umowy społeczeństwa obywatelskiego, którą chcemy przez te 3 dni utrzymać. To wszystko skupia ludzi.

o budowaniu społeczności

AK: Powiedz mi, jak szkolicie wolontariuszy? Pomijam fakt pierwszej pomocy, bo o nim już wspominałeś. Czego dokładnie oni się uczą?

KD: Szkolenie trwa 3 dni i tak na dobrą sprawę przez ten czas działania trwają niemal całą dobę, bo przerwy na sen jest niewiele. Od wczesnych godzin porannych do późnych godzin wieczornych cały czas coś się dzieje, co zawiera elementy, które są przewidziane w szkoleniu. Szkolenie z pierwszej pomocy oczywiście jest bardzo ważne, ale sednem szkolenia Patrolu jest stricte ustawowy konieczne kurs dla pracownika służby informacyjnej na imprezie masowej.

Bardzo ważną rzeczą jest nauka współpracy, działania w grupie, kreowanie czy szukanie w sobie postawy lidera, podejmowanie inicjatywy w sytuacji, gdy jest coś do zrobienia, nie zrzucając tej pracy na innych. Chodzi przede wszystkim o pobudzanie aktywności i potrzeby samodzielnego myślenia. Cały ciąg zdarzeń jest nastawiony na to, aby takie postawy, w młodych ludziach, kreować.

Przyjeżdżają zupełnie sobie nieznani ludzie z całej Polski na 3 dni i oddają się w 100% w nasze ręce. Przywozimy ich do swojego ośrodka, zazwyczaj odbieramy ich z dworca kolejowego w Malborku i zawozimy ośrodka Szadowo Młyn. Zresztą dojście czy dojechanie w to miejsce jest już elementem szkolenia, ponieważ nie odstawiamy ich pod drzwi i zapraszamy do środka, tylko zazwyczaj odbywa się cały marszruta przez las, wykonywanie poszczególnych zadań. Już od początku są podzieleni na grupy, więc gdzieś jest ten element rywalizacji pomiędzy tymi nimi.

Każde zadanie jest punktowane przez instruktorów, grupy już zaczynają funkcjonować razem. Kładziemy bardzo duży nacisk na pracę zespołową – nie skupiamy się na indywidualistach typu „ja tu jestem najsilniejszy, zrobię to wszystko sam”. Siłę grupy stanowi siła najsłabszej osoby w danej grupie. W związku z tym pilnujemy, aby osoby silniejsze pomagały słabszym, żeby wzajemnie się poznawać i korzystać z możliwości i umiejętności każdej z osób w zespole. Ten, kto jest słaby fizycznie, może być lepszy w wielu innych względach. Trzeba umieć szukać tego rodzaju umiejętności w każdym z nas, lecz również sami indywidualnie powinniśmy ich w sobie szukać.

Wszystkie zajęcia są ze sobą poprzeplatane, czyli w ciągu tych 3 dób mamy m.in. zajęcia z pierwszej pomocy, później jest pozoracja, która jest już elementem pracy w grupie. Pozoracja jest to zainspirowany wypadek, gdzie musimy potrafić wykorzystać wiedzę z pierwszej pomocy i zrealizować odpowiednie czynności. Jeżeli mamy duży wypadek i jest kilku lub kilkunastu poszkodowanych, to trzeba już się umieć podzielić, zorganizować miejsce wypadku, udzielić pierwszej pomocy w taki, a nie inny sposób.

Jeżeli chodzi o inne elementy szkolenia, to przede wszystkim muszą one dotyczyć regulaminu Przystanku Woodstock. Na przykład – jednym z bardzo ważnych punktów jest zakaz wnoszenia szkła na festiwal, ale zawsze jest jakiś uczestnik, który tą szklaną butelkę wniesie. Uświadamiamy wolontariuszy, by takie butelki zbierać i odnosić do góry dnem. Znam media, wiem co potrafią dopowiedzieć, jak potrafią manipulować. Zamieszczane są zdjęcia wyrwane z kontekstu, które próbują pokazać, że Patrol nie działa tak, jak powinien. Uczulamy ich na to. Inaczej jesteśmy postrzegani, gdy mamy na sobie koszulkę Pokojowego Patrolu. Zakładając taką koszulkę, bierzesz w pewnym stopniu odpowiedzialność za wizerunek tej koszulki, za wizerunek Orkiestry, za wizerunek swojej grupy i siebie w tej roli.

AK: Ale wydaje mi się, że biorą za siebie odpowiedzialność, ponieważ bardzo siebie pilnują.

KD: Stuprocentowo, absolutnie tak. I to też jest świadome, ponieważ od samego początku szkolenia my to podkreślamy. Samo zdobycie koszulki jest częścią szkolenia. To nie jest tak, że oni koszulki Patrolu dostają na starcie po przywitaniu na dworcu w Malborku.

AK: A czy odrzucacie czasem jakieś osoby? 

KD: Zdarzają się osoby, które nie przechodzą szkoleń. Przeważnie same je rzucają, widzą, że nie są w stanie sprostać wymogom. To nie są nie wiadomo jak survivalowe czy ciężkie szkolenia, ale jednak wymagają przygotowania fizycznego. Nie chciałbym teraz nikogo przestraszyć, ponieważ nie jest tak, że trzeba być Rambo. Jeżeli ktoś ewidentnie ma dysfunkcję i tego nam nie zgłosi, że np. nie jest w stanie przejść przez las 2 czy 4 km, to wtedy pojawia się problem.

AK: To fakt, przecież dużo więcej się chodzi na Woodstocku. 

KD: Dokładnie, właśnie o to chodzi, że musi być to osoba, która może się dużo poruszać. Jeśli ma jakąś chorobę, która to uniemożliwia, to jest to dla nas kłopot, ponieważ ktoś taki nie będzie mógł pracować w roli lotnego Patrolowca. Nie zamykamy od razu drogi dla takich osób, bo mamy wiele innych funkcji np. w grupach specjalistycznych. Zwykle jest tak, że jeśli osoba nie może zrobić jednej rzeczy, to odnajduje zajęcie w innym miejscu, w innej strukturze. Są też oczywiście osoby, które stwierdzają, że to nie dla nich, że się nie nadają.

AK: W jakim wieku są zwykle takie osoby? Średnia wieku osób, które poznałam i z którymi rozmawiałam, to ok. 30 lat. 

KD: Większość osób, które się zgłasza, ma od 18 do 25 lat. Szacuję to na około 80% wszystkich wolontariuszy. Są oczywiście osoby dużo starsze, natomiast młodszych nie, ponieważ formalnie prawną granicą wieku przy pracy na festiwalu jest wiek 18 lat. I na Przystanek, i na szkolenia mogą przyjeżdżać tylko osoby pełnoletnie. Wiek jest naprawdę zróżnicowany. Są osoby, które mają ponad 50 lat i są w Pokojowym Patrolu. Najczęściej mają  one fantastyczne życiowe doświadczenie, z którego chcemy korzystać w naszych bardziej zaawansowanych działaniach i bardzo sobie cenimy takie wsparcie. Jeżeli chodzi o wiek, umiejętności, postawy życiowe, miejsce w życiu, to w Pokojowym Patrolu jest to bardzo różnorodna społeczność.

AK: Jak utrzymujecie relacje z tymi ludźmi? Przecież to tylko dwie imprezy w roku, więc motywacja może trochę wygasnąć.

KD: Oczywiście dzisiaj Internetu jest potęgą i jest to kanał, który wykorzystujemy bardzo intensywnie. Z naszej strony jest to dosyć zbudowane, w sposób uporządkowany, bo mamy bazę danych, kontakty, regularnie wysyłamy e-maile. Regularnie zapraszamy

Patrolowców do wielu aktywności. Każda inicjatywa Orkiestry to prośba od nas o wsparcie patrolu. Gdyby nie Pokojowy Patrol, nigdy nie byłoby programu „Ratujemy i uczymy ratować”. Ten program od samego początku w 100% oparty był na ludziach, którzy postanowili poświęcić więcej czasu, zgłębić swoją wiedzę o pierwszej pomocy i służyć tej idei swoją pracą, jako wolontariusze. Imprezy, pomagamy zabezpieczać, różnego rodzaju akcje społeczne – w każdym z tych wydarzeń aktywność Patrolu jest bardzo duża

AK: Czyli oni działają nie tylko od Finału do Woodstocku?

KD: Absolutnie nie. To jest cały rok rożnego rodzaju wydarzeń, które im regularnie proponujemy w mailach. Nie wszystkie z nich my organizujemy. Często jest tak, że jakaś organizacja pozarządowa zwraca się do nas, z prośbą o wsparcie przy jakiejś idei. Jeśli tylko widzimy w tym sens i jest ona faktycznie społecznie nakierowana, to bardzo często pomagamy im, w taki sposób, że przekazujemy tę ofertę Pokojowemu Patrolowi. Na podany przez organizację kontakt ludzie się zgłaszają, by pełnić funkcję Patrolu.

Staramy się stworzyć pewne wymogi np. organizacja musi pokryć koszty dojazdu, wyżywienia, nocleg. To musi być solidnie zaplanowane. Sprawdzamy ideę, weryfikujemy taką prośbę, więc kiedy przebiega wszystko w porządku zachęcamy Patrolowców do udziału. Jeżeli włączymy  do tego te wszystkie aktywności, połączymy to z zupełnie oddolną chęcią spotykania się, bycia ze sobą, przeżywania tych emocji. Powstały środowiska miejskie, takie jak: Patrol wrocławski, Patrol gdański, Patrol olsztyński. Oni się organizują towarzysko zupełnie niezależnie od nas. Mają ze sobą kontakt, spotykają się regularnie, mają swoje ulubione miejsca, a także ideę, w której się odnajdują.

Kiedy połączymy to z naszymi aktywnościami, to da się zauważyć, że jest to dobrze zorganizowana, będąca cały czas w gotowości „bojowej”, organizacyjnej, ekipa kilku tysięcy ludzi w Polsce, którzy reagują na każdą naszą prośbę. Bardzo często jest to ważny wątek. Zdarza się, że w ekipach Pokojowego Patrolu do elementów spotkań towarzyskich dołączają sprawy ideowe i formy aktywności lokalnej nieanimowanej już przez Orkiestrę. Gdy na przykład widzą, że jest coś do zrobienia w danym miejscu, że szykuje się jakaś aktywność, skrzykują się wtedy i pomagają. Są już takie miejsca, gdzie wokół wolontariuszy Pokojowego Patrolu zaczynają budować się organizacje pozarządowe, zupełnie niezależne od nas.

Podobna rzecz ma miejsce przy sztabach Orkiestry. Sztaby to są tak naprawdę ekipy ludzi, którzy się organizują i zawiązują jako sztab i realizują w danych miastach Finał. Jest to również forma aktywności lokalnej Pokojowego Patrolu. My jako Fundacja bardzo Patrolowców zachęcamy do aktywności lokalnej przy Finale. Cytując to, co słyszeliśmy niedawno z ust Papieża Franciszka „Ruszcie się z kanapy i róbcie”. Jeżeli już macie ekipę ludzi, jest was 10, 15, czy choćby 5 osób, czasem nawet 50, gdy jest was dużo, to jesteście już grupą. Grupą można naprawdę wiele zrobić. Nie siedźcie w knajpie przy piwie, tylko jeżeli już macie tą społeczność, to zacznijcie robić coś aktywnego na zewnątrz.

AK: Czyli Woodstock jest takim zjazdem dla Was?

KD: Przystanek Woodstock jest pewnego rodzaju wielkim, gigantycznym zjazdem i niesamowitym spotkaniem społeczności 1300 osób.

AK: To też takie Wasze święto, prawda?

KD: Tak, trochę tak. Patrol traktuje to jako okazję do spotkania, do pobycia ze sobą, do porozmawiania. Nie pracujemy 24h, mamy zmiany, dyżury rozłożone w całej dobie.

AK: Słyszałam, że na koniec jest impreza dla wolontariuszy?

KD: Jak najbardziej, na koniec zawsze organizujemy imprezę, czyli wielkie ognisko, dla wszystkich którzy zostają, niestety część ma pracę, zobowiązania i musi wrócić wcześniej. Wymogiem jest oczywiście zostanie do końca festiwalu i potem parę godzin przy pracach porządkowych. Na to ognisko zapraszamy również gości związanych z pracą przy festiwalu, ale przede wszystkim skierowane jest ono dla patrolowców.

Jest to część, gdzie mamy około tysiąca osób, rozmawiamy, wręczamy sobie podziękowania, podsumowujemy. Ważna jest przemowa Jurka Owsiaka, który kłania się w pas i zagrzewa do boju na następny rok. Jest on niesamowity, jeżeli chodzi o pobudzanie ludzi do działań i aktywności. To jest człowiek, który swoją charyzmą mógłby rozdzielić duże grono ludzi i każda z tych osób mogłaby naprawdę dużo zrobić w Polsce. Jurek skupia w sobie niesamowitą ilość tej energii, którą przekazuje w sposób perfekcyjny m.in. w czasie tych ognisk. Później jest tak, że każda ta grupa spotyka się ze sobą, znajduje sobie jakieś własne miejsce. W każdej z grup są ludzie z całej Polski, mają swoje miejsca, drogi życiowe, więc jest niewiele okazji, żeby mogli się spotkać całym zespołem. Staramy się, żeby te grupy były stałe.

Jeśli już zbudowała się ekipa, to staramy się nie mieszać tego grona. Wiadomo, jest rotacja, czasem ktoś nie przyjedzie, ale pewne trzony są już od lat te same. Podobnie jest w przypadku liderów, są to ludzie specjalnie przygotowywani do tej roli – są oddzielne szkolenia, oddzielny proces ich wyboru. Są szkolenia podstawowe, drugiego stopnia, gdzie zapraszamy ludzi, który mają już za sobą ten pierwszy etap, byli już kilka razy na Przystanku Woodstock i widzą siebie w roli lidera, mają ambicje, aspiracje. Przygotowujemy zupełnie oddzielne szkolenia dla tych osób i szukamy faktycznie tych, którzy sobie z taką odpowiedzialnością poradzą. Jest to cały proces zdobycia żółtej koszulki – koszulki lidera.

Gdy już wybierzemy osobę odpowiedzialną i ma już zbudowaną grupę wokół siebie, to staramy się o tą społeczność dbać. Uświadamiamy lidera, że on musi mieć czas także w ciągu roku, żeby się z tymi ludźmi spotkać, kontaktować się z nimi, żeby był aktywny w Internecie, by budował wśród nich swój autorytet lidera. Praca Patrolu na festiwalu jest to ciężka robota. Jak spojrzymy na miniony 22. festiwal, to pierwszy dzień naszej Przystanku – deszcz zaczął się późno w nocy ze środy na czwartek. Trwał on całą noc i prawie cały kolejny dzień. Patrolowcy nie mogli w tym czasie zejść ze swoich punktów, zostawić swoich zadań. Musieli moknąć tam, gdzie mieli do wykonania obowiązki. Pamiętajmy, że oni też śpią w namiotach, nie ma zbudowanego jakiegość ponadstandardowego obozu. Śpią w takich samych warunkach, jak uczestnicy Woodstocku. Mają wyznaczone miejsca, trochę jest podniesiony standard, ponieważ np. mają tam zainstalowany prysznic. Są to jednak warunki biwakowe, ich namioty tak samo mokną, oni także. Ale cały czas trwają na swoich punktach. Tak, jest to niezwykle ciężka i odpowiedzialna praca. Fizycznie i psychicznie.

Odbija się później na nich niewyspanie, zmiany dzienne czy nocne. Ma to ogromny wpływ na funkcjonowanie organizmu. Kiedy ja wracałem ze swojego pierwszego Przystanku, który spędziłem, jako patrolowiec w Żarach w 1997 roku, to całą podróż do domu przespałem, a mieszałem wtedy na Mazurach – w Ostródzie, niezwykle pięknym mieście. Byłem wtedy koszmarnie fizycznie zmęczony. Aby znaleźć motywację do tej ciężkiej pracy, jest tu potrzebnych wiele rzeczy, wiele cech.

Ci ludzie nie daliby się na to namówić, gdyby nie widzieli sensu, wartości w tym co robią i w całym Przystanku Woodstock. W Fundacji pracuje jedna osoba, która zajmuje się Patrolem i pełni funkcję szefa Pokojowego Patrolu. Buduje on społeczność, pilnuje, aby dobrze funkcjonowała, koordynuje obecność Patrolu wokół Orkiestry przez cały rok. Również przygotowuje i prowadzi szkolenia.

o budowaniu społeczności

AK: Pokojowy Patrol jest świetnym przykładem tego, że ludzie nie pracują tylko dla pieniędzy. Kończąc już, powiedz mi, czego mogę Wam życzyć? Rozumiem, że za rok Woodstock się odbędzie?

KD: Ja myślę, że trzeba życzyć dobrej pogody, świetnej energii na szkoleniach i aby podczas organizacji nie występowały żadne przeszkody. Należałoby też życzyć, żeby woda w prysznicach była ciepła, bo przy awarii jest z tym problem, albo po wielu osobach ona się po prostu nie zdąży nagrzać. Jeszcze aby pole namiotowe było jak największe i żeby było miejsce na zaparkowanie wszystkich samochodów, bo z tym też miewamy problemy. Znaleźć miejsce na tysiąc aut jest bardzo trudno, więc namawiamy Patrolowców, by jechali jednak po kilka osób w jednym samochodzie albo korzystali z pociągów.

Można by sobie życzyć, żeby Koleje, Przewozy Regionalne jednak udostępniły nieodpłatne albo chociaż bardzo tanie bilety wolontariuszom Pokojowego Patrolu, bo co roku to się udawało, a podczas tegorocznej edycji był z tym kłopot. I oby po prostu nikt nie przeszkadzał. Jeżeli chodzi o samych Patrolowców, to można im życzyć przyjaciół, dobrych wrażeń i mega energii. To jest niesamowity zjazd. Gdy już jest się na miejscu i pełni się tę pracę patrolową przez kilka dni, to jest taka myśl zaraz po festiwalu „nigdy więcej”, „w ogóle co ja tu robię”, „mam już dość i nic mi się nie chce”. Mijają 3 dni i człowiek zaczyna myśleć „kurczę, fajnie było”, „nie no, było jednak niesamowicie”. Mijają dwa tygodnie i zaczyna się odliczanie czasu do następnego festiwalu Przystanek Woodstock. Jak zaczynamy patrzeć wstecz i widzimy to wszystko, co się zadziało, to obok zmęczenia jest jeszcze mnóstwo bardzo pozytywnych emocji, które odczuwamy w tej pracy. Również tych emocji można by sobie życzyć i oby było ich jak najwięcej.

AK: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z profilu z tego albumu Festiwalu Woodstock