Dlaczego pracuję w branży nowych technologii?

Dlaczego pracuję w branży nowych technologii?

Kiedy dziewięć lat temu po raz pierwszy wzięłam udział w konferencji InternetBeta nie spodziewałam się tego, jak bardzo zmieni ona moje życie. Tak właśnie trafiłam do branży nowych technologii, która pochłonęła mnie całkowicie.

Kiedyś nie wyobrażałam sobie siebie w świecie IT. Gdyby ktoś zapytał się mnie kilka lat temu, czy chciałabym pracować w innowacjach, zapewne odpowiedziałabym Ja? Nigdy w życiu!”. Z wykształcenia jestem doktorem nauk społecznych. Ukończyłam Politologię, Filologię angielską i nijak ma się to wszystko do tego, czym od 2009 roku zajmuję się na co dzień.

Do niektórych rzeczy wystarczy po prostu dojrzeć

Uciekający czas ma kilka bardzo przydatnych zalet. Przede wszystkim leczy rany, ale także wraz z jego biegiem mogą ulec zmianie nasze priorytety i zainteresowania. I tak też było w moim przypadku. Wraz z jego upływem zrodziła się we mnie ogromna pasja do technologii, w efekcie której rozbudził się w moim życiu głodny wiedzy – duch walki.

Każdą wolną chwilę spędzałam na pozyskiwaniu merytorycznej wiedzy, poznawaniu ekspertów z branży i czerpania od nich tego co najlepsze, czyli ogromnego bagażu doświadczeń i jeszcze większej ilości przydatnych informacji. Uczyłam się od podstaw jak to wszystko działa, chciałam być biegła we wszystkich pojęciach i mechanizmach związanych z IT. Czym to zaskutkowało? Dziś prowadzę agencję Public Relations wyspecjalizowaną właśnie w zakresie nowych technologii.

Moja wymarzona praca? Komunikacja i praca z ludźmi.

Jedno jest pewne! Od dziecka wiedziałam, że będę pracować w komunikacji. Nie miałam jednak zielonego pojęcia, w którą stronę pokieruje mnie życie, co dokładnie będę robić. Gdyby ktoś dziś zadał mi to samo pytanie co kilka lat temu, czy wyobrażam sobie pracę w innowacjach – odpowiedziałabym bez zawahania „Co to za pytanie? Oczywiście, że tak”. Na dzień dzisiejszy jestem bardzo zadowolona z tego co robimy w firmie, dla kogo pracujemy i jak wyglądają plan naszej działalności na najbliższe miesiące.

Dlaczego pracuje w branży nowych technologii1

Co takiego sprawia, że uwielbiam to środowisko? Dlaczego zdecydowałam się obrać taki kierunek w swoim życiu zawodowym?

  • Technologia zmienia świat na naszych oczach

Obserwowanie na bieżąco zmian, które dotykają bezpośrednio społeczeństwa jest naprawdę niesamowite! To w jaki sposób technologia wpływa na nasze codzienne zachowania np. w zakresie konsumpcji mediów to jedynie namiastka tego co kryje się pod pojęcieminnowacji“. Duży wpływ ma to również na osoby, które dotychczas nie miały, jak przekazać światu swoich umiejętności, a teraz dzięki technologii mają realną możliwość zaistnieć i pokazywać ogromnej publice swoje talenty. Technologia usprawnia nasze życie, przyspiesza komunikację, powoduje, że czujemy się jak mieszkańcy globalnej wioski.

  • Kreowanie świadomości o potencjalne rozwiązań naszych klientów

Większość klientów wprowadza zupełnie nowe produkty na rynek, a to wiąże się z ogromnym zaufaniem. Jednocześnie daje nam także szansę na tworzenie tego, w jaki sposób opowiadamy o danym rozwiązaniu. Świadomość posiadania wpływu w tak ważnym obszarze, jak przedstawianie pomysłu, poddawanie go szerszej opinii publicznej to zaszczyt, który pociąga za sobą odpowiedzialność.  

Możliwość tworzenia, wcielania się w swego rodzaju artystów pokazujących potencjał technologiito prawdziwa frajda i jeden z moich ulubionych aspektów naszej pracy.

  • Otwartość na świat

Nie znam drugiej takiej grupy społecznej, która tak chętnie i regularnie dba o stosunki i spotyka się na wydarzeniach związanych z branżą nowych technologii. Niektórzy mogą powiedzieć, że zamiast pracować tylko imprezujemy. Ja jestem zdania, że skoro jest popyt to jest i podaż, a na koniec i tak wyniki nas zweryfikują.

Jednocześnie to środowisko musi być otwarte na nowe rozwiązania. Inaczej tworzone produkty nie miałyby możliwości przebić się w tak konkurencyjnym świecie. To z kolei wiąże się z przychylnością na pomysły i inicjatywy z naszej strony. Nic tylko wymyślać, wdrażać i testować czy to przypadkiem nie jest najskuteczniejszy sposób na edukację o naszym kliencie.

  • Różnorodność

Gdyby ktoś zapytał się mnie jakie technologie aktualnie komunikujemy wymieniłabym rozwiązania z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, machine learning, low latency, digital transformation, IoT czy martech. O każdej z tych rzeczy muszę opowiadać w sposób zrozumiały tak, by osoba zupełnie niedoświadczona potrafiła pojąć o co nim chodzi.

Ja, osoba z wykształceniem humanistycznym niemalże każdego dnia wyjaśniam dziennikarzom czy zainteresowanym osobom, czym najnowocześniejsze technologie. Jak działają, w jaki sposób mogą one pomóc w rozwoju biznesu.

Gdybym się z kimś w liceum założyła się, że będę takie rzeczy robić, w życiu bym nie uwierzyła! I cieszę się, że taką małą miałam wyobraźnie 😉

  •  Awangarda…

… to coś, co szczególnie mnie napędza. Poza tworzeniem, uwielbiam mieć pierwszeństwo w komunikowaniu nowych rzeczy. Oczywiście naśladowcy mają łatwiej, jednak dla mnie kreowanie rzeczy innowacyjnych, to największe spełnienie zawodowe. A kiedy zarabiają na tym klienci i wracają po więcej, czuję, że jestem na właściwej fali.

Jednak, jest i druga strona medalu, która sprawia, że nie zawsze jest różowo w branży nowych technologii.

 

  • Stale trzeba się uczyć nowych technologii

 

Tak jak twierdze, że różnorodność jest zaletą, potrafi być ona także solidnym wyzwaniem. Czasem żartuję, że mój mózg nie przyjmie już więcej wiedzy i technicznych rozwiązań. Na stałe zalogowałam się na zagraniczne portale z newsami technologicznymi, śledzę wybranych blogerów IT by wiedziećco w trawie piszczy”. Czytam jak ktoś przedstawia rozwiązanie, zwracam uwagę jakich słów używa, w jakim kontekście prezentuje to nad czym pracuje.

Technologie to permanentna nauka. Na szczęście wyjątkowo ciekawa.

  • Komunikacja nowych produktów wymaga dużych nakładów czasowych

Nie od razu Rzym zbudowano i nie od razu z Facebooka korzystało 22,5 mln Polaków. Na wszystko potrzeba czasu. Trzeba testować to, czy sposób w jaki przedstawiamy naszych klientów jest zrozumiały i czy zachęca innych do korzystania z ich usług. W zależności od stopnia akceptacji, czytelności i zrozumiałości naszej opowieści o kolejnym produkcie potrzeba więcej lub mnie pracy, by ustalić najlepszą możliwych.

  • Nigdy nie wiesz, czy to nie jest bańka

Możemy sprawdzać osoby, które przychodzą do nas z pomysłem i prośbą o wsparcie w PR. Pytać o proces zaawansowania rozwoju produktu, ilości klientów, a i tak nigdy nie wiemy, czy firma, dla której pracujemy naprawdę osiągnie sukces czy nie. Czy nie okaże się za pół roku, że system nie działa, stale pojawiają się nowe błędy i zamiast wspaniałej kampanii będziemy mieć ciągłe zarządzanie kryzysowe, które później zakończy się porażką każdej ze stron.

Dotychczas nie mieliśmy takiego klienta, jednak nigdy nic nie wiadomo. To prawdziwe wyzwanie, bo współpracując z dziennikarzami, opinią społeczną i zachęcając do korzystania z usług naszego partnera w jakimś stopniu wystawiamy mu certyfikat jakości.

Gdybym miała możliwość wyboru środowiska, w którym pracuje na pewno nowoczesna technologia jest czymś co odzwierciedla moje marzenia i cele. Takich też osób za każdym razem szukamy do naszego zespołu. Osób, które mają podobne motywacje, priorytety i nie boją się technologii, a wręcz chcą być jej częścią jej rozwoju.

Jeżeli czytasz ten tekst i chciałabyś/chciałbyś spróbować sił u nasnapisz do mnie 😊 Anita.kijanka @ comecreationsgroup.pl

Ostatnie wpisy

Siła eventów – jak wydarzenia zmieniły moje życie

Siła eventów – jak wydarzenia zmieniły moje życie

Stale słyszymy o tym jak ograniczamy nasze relacje z innymi na korzyść szczątkowych rozmów w mediach społecznościowych. Na pewno dużo w tym prawdy.  Może wynika to z pośpiechu, który towarzyszy nam każdego dnia. Mamy coraz więcej zadań, planów, rzeczy do zrobienia w dość krótkim czasie. W wyniku czego często zaniedbujemy relacje interpersonalne. Ja jednak wierzę w moc eventów!

InternetBeta 2009

W moim przypadku tak było z konferencją InternetBeta w Rzeszowie. Kiedy w 2009 roku zapisałam się do udziału w niej, reprezentowałam na niej  Urząd Marszałkowski Województwa Świętokrzyskiego i UMCS w Lublinie. Byłam doktorantką pierwszego roku, która opowiadała o miastach w Internecie. Nie znając zupełnie nikogo, samiutka pojechałam na wydarzenie nie wiedząc czego się mogę po nim spodziewać. Zdecydowałam się na udział w nim by wyjść ze świata konferencji naukowych, pokazać się w innym środowisku i kreować swój  wizerunek jako specjalistki od marketingu terytorialnego (z tej tematyki pisałam doktorat).

To co tam zobaczyłam zaskakiwało mnie na każdym kroku. Prawdziwa przepaść organizacyjna. Byłam przyzwyczajona do stołów pokrytych zielonym suknem, za którym siedzieli prelegenci, podczas gdy tutaj na ekranie na głównej Sali widziałam relacje online na Blipie (tak, było kiedyś coś takiego).

Nie zapomnę jak ze zdziwieniem obserwowałam ludzi, którzy podczas wykładów, zamiast z notesami siedzieli z laptopami! Z wrażenia zrobiłam temu zdjęcie!!

https://www.anitakijanka.pl/wp-content/uploads/2018/01/Siła-eventów-–-jak-wydarzenia-zmieniły-moje-życie.jpg

Właśnie to 😉

Każda prezentacja sprawiała, że czułam się jak Indiana Jones. Coraz to nowe odkrycia. Facebooka już miałam, ale jeszcze rzadko z niego  korzystałam. W sumie niewiele znajomych go miało, więc siedziałam bardziej na nk.pl (naszaklasa.pl).  Dowiedziałam się wtedy, że można zakładać fanpage’e dla instytucji, firm, prowadzić kampanie…

Wieczorem na imprezie dosiadłam się m.in. do Dominika Szarka, Marcina Jaśkiewicza. Zupełnie nieznani mi mężczyźni opowiedzieli, że tworzą KrakSpot w Krakowie. Wyjaśnili czym są barcampy, na czym polega cała idea i… zachwyciłam się nią całkowicie.

Jak się później okazało znali znaczną część uczestników i tak przy okazji i ja zaczęłam ich poznawać.

Jeszcze raz wielkie dziękuje dla Mateusza Tułeckiego, organizatora wydarzenia za to, co robi integrując różne środowiska związane z Internetem w Rzeszowie!

Kobieta w świecie eventów technologicznych

Jednak ta rozmowa sprawiła coś jeszcze… niecałe półtora roku później wystartowałam z barcampem KielceCom w rodzinnym mieście Kielce. Razem z Łukaszem Nowakiem i Piotrkiem Kargulem postanowiliśmy sprawdzić, jak takie wydarzenie zadziała w naszym rodzinnym mieście.

Zaczęliśmy organizować autorskie spotkania, na które przyjeżdżali znani (szczególnie dziś) przedsiębiorcy internetowi. Opowiadali o rozwoju social media, branży mobile, gier komputerowej i  ecommerce,… Zorganizowaliśmy kilkanaście takich wydarzeń, które pozwoliły mi poznać najbardziej rozpoznawalne osoby w środowisku. Rozmawiałam z nimi o wyzwaniach, możliwościach jakie daje wykorzystanie nowych technologii i coraz bardziej zakochiwałam się w tej branży.

https://www.anitakijanka.pl/wp-content/uploads/2018/01/Siła-eventów-–-jak-wydarzenia-zmieniły-moje-życie.jpgSiła eventów – jak wydarzenia zmieniły moje życie

Z czasem zaczęłam uczestniczyć w innych wydarzeniach w kraju, poznawałam jak wygląda życie poza Kielcami, które robiły mi się coraz ciaśniejsze. I to nie mogło skończyć się inaczej, jak moją przeprowadzką do Warszawy…

Siła kobiet i Wenusjanki

Tam postanowiłam założyć własną firmę. W obcym mieście czułam się trochę samotna, więc postanowiłam zorganizować coś, co pozwoli mi na zawarcie nowych przyjaźni i znajomości. Wymyśliłam Wenusjanki. Nie chciałam się ograniczać, a doświadczenia z jeżdżenia po różnych miastach pokazały mi, jak fajnie jest mieć znajomych w Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku.

Dlatego od początku nastawiłam się, że będziemy budować naszą społeczność kobiet aktywnych w kilku miastach. O całej inicjatywie pisałam już wcześniej, (moje lekcje) od ponad roku zawiesiłam jej działalności. To co dały mi Wenusjanki, to niesamowity bagaż doświadczeń, ogromne emocje i wiele, naprawdę wartościowych znajomości, które utrzymuje do dziś.  

Siła eventów – jak wydarzenia zmieniły moje życie

Poznałam tysiące kobiet (rocznie miałyśmy ich blisko 2 500 na 25 eventów). Z częścią z nich jestem w stałym kontakcie. Spotykamy się, rozmawiamy, wspólnie wyjeżdżamy. Dzięki Wenusjankom ujarzmiłam Warszawę, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto (nie liczę Kielc, bo to moje rodzinne miasto). Już nie były mi takie obce, bo wszędzie był ktoś do kogo mogłam napisać, spotkać się, porozmawiać. Ta inicjatywa dała mi wspaniałych znajomych, mnóstwo ciepła i wsparcia.

Siła eventów – jak wydarzenia zmieniły moje życie

Moc eventów

Takie inicjatywy generują wiele możliwości, o czym mieli szansę przekonać się uczestnicy organizowanych przez nas wydarzeń. Dzięki KielceCom mnóstwo osób mogło zaprzyjaźnić się z nowymi technologiami. Nawiązały się partnerstwa, które trwają do dziś.. Wenusjanki pomogły kobietom znaleźć pracę, pracowników czy podwykonawców. Pokazać siłę płci pięknej.

Bardzo się cieszę kiedy nasza praca sprawia, że nie tylko my organizatorzy rośniemy. Kiedy inni mogą się poznać, wymieniać doświadczeniem, wsparciem. To niesamowicie budujące i motywujące.

Co ciekawe, zdradzę Wam, że zaraz ruszamy z kolejną inicjatywą. Tym razem wspierającą firmy w zakresie edukacji o ekspansji międzynarodowej. Już teraz cieszę się na ten projekt, a globalny charakter to chyba taka naturalna kontynuacja. Najpierw były Kielce, potem wybrane miasta w Polsce, czas na wymiar międzynarodowy.

Więcej informacji na temat nowych eventów niebawem 😊

Ostatnie wpisy

13 przemyśleń na dobry początek

13 przemyśleń na dobry początek

Ostatnie 8 miesięcy było z pewnością bardzo przełomowe dla mnie, ale o tym kiedy indziej. Przyznaję szczerze, nie mam pojęcia czy to jak wygląda moje życie teraz, jest tym czego sobie życzyłam będąc nastolatką. Wydawało mi się, że mając 30lat to już prawie staruszka będą, (a co dopiero 33, które niedawno skończyłam).

I tak w ramach rozruszania się i powrotu do regularnego pisania tego bloga zebrałam kilka przemyśleń, które nasuwają mi się kiedy myślę nad podsumowaniem mojego dotychczasowego życia. Zatem zapraszam 😊

  1. Wszystko jest po coś – wiem, oczywista oczywistość! Każdy o tym mówi, ale dopiero perspektywa tygodni, miesięcy, a nieraz dopiero lat pokazuje nam większą całość. I nagle okazuje się, że sprawy mniej lub bardziej ważne kiedyś nagle łączą się i nabierają większego sensu.
  2. Nic samo w sobie nie jest dobre czy złe, dopiero myślenie takim to czyni – dawno temu gdzieś to zdanie wyczytałam, zapisałam i zapamiętałam. Od tego czasu wielokrotnie powtarzam sobie tę myśl, kiedy coś mnie zasmuci, poirytuje czy zdenerwuje. Znalezienie innej perspektywy zawsze pomaga.
  3. Jesteśmy sumą naszych doświadczeń – zarówno sukcesów jak i porażek. Widać to nie tylko w naszym zachowaniu, śmiałości w podejmowaniu różnych działań, zachowań ale też w pierwszej kolejności w naszej postawie czy mimice. Staram się o tym pamiętać rozmawiając z każdą osobą. Pomaga to w powstrzymywaniu się od zbyt szybkiego oceniania i szuflatkowania innych.
  4. Zaufanie do siebie to podstawa – mi daje to pewność, że obojętnie co będzie się działo dam radę! Nie ważne czy mówimy o wielkiej szansie czy sporej porażce, która wisi w powietrzu. Działam i ufam, że wszystko będzie dobrze.
  5. Warto zaufać życiu – to niby banalne, ale mi nie raz dało siłę do tego, aby iść w kierunku o jakim marzyłam i podejmować się rzeczy, które są większe niż wydawałoby się, że mogłam unieść.
  6. Od czekania niewiele się zmieni – a tym bardziej samo nic się nie zmieni, upłynie tylko czas. Dlatego by nie zostawiać życia przypadkowi warto samemu zadbać o jak najwięcej spraw, by były takie jakie sami tego oczekujemy.
  7. Czasem dobrze jest odpuścić – jestem wyjątkowo wytrwałą osobą. Jak się na coś uprę i jestem pewna, że jestem w stanie coś zrobić trudno mnie zatrzymać. Własna firma pokazała mi jednak, że mimo włożenia sporej ilości czasu i pieniędzy to nie jest najważniejsze. Jak coś nie idzie tak jakbyśmy sobie tego życzyli dobrze jest odpuścić, zatrzymać się i zmienić kierunek działania. I po raz kolejny… zaufać życiu i sobie.
  8. Ludzie to największe bogactwo w naszym życiu – bez innych byłoby mi bardzo źle. Uwielbiam ludzi! Wspólne rozmowy, spędzanie razem czasu, uczenie się od siebie nawzajem, to coś co powinniśmy szczególnie doceniać i cieszyć się każdego dnia.
  9. Lubię czas samej ze sobą – kiedyś policzyłam, że dziennie jestem w kontakcie z około 25 osobami. Cenię sobie czas spędzony tylko ze mną… pozwala mi się wyciszyć, nabrać dystansu, pomyśleć. Bez takiej godziny raz na jakiś czas miewam wrażenie, że stale jestem w biegu, brakuje mi zatrzymania się.
  10. „Nie” dziś nie znaczy „nie” jutro – wszystko się zmienia, nasze humory, nastawienie do różnych spraw. Kiedyś myśl o przebiegnięciu w maratonie była ostatnia na jaką bym wpadła, za troszkę ponad miesiąc mam nadzieję stanie się już czymś dokonanym.
  11. Walcz do końca – to przykład wytrwałości, którą we wczesnej młodości rozwinęło we mnie karate, a do góry jeszcze mocniej wywindowało prowadzenie własnej działalności.
  12. Nie każdy opanował czytanie w myślach – jeżeli chcesz aby ktoś coś zrobił – powiedz to. Chcesz cos otrzymać – powiedz o tym, coś Ci się podoba lub jeśli nie – też to zakomunikuj! Będzie Ci się łatwiej żyło.
  13. Mówienie prawdy nie każdemu przychodzi łatwo – mimo to, prawda jest lepsza niż oszukiwanie innych i siebie. Jeżeli ktoś obraża się na szczerość to znaczy, że nie chce jej znać, nie jest na nią gotowy, albo zwyczajnie przywykł do udawania. Ty nie musisz.

 

Ostatnie wpisy

Nie mów mi o motywacji

Nie mów mi o motywacji

Długo zbierałam się do napisania tego wpisu. Prawda jest taka, że sama do końca nie wiem, czy powinnam to tym pisać, czy to jest „polityczne”, ale skoro to „moja przestrzeń”, mój blog, więc zdecydowałam, że co tam.

Od dłuższego czasu jestem zalewana zaproszeniami na tak zwane wykłady motywacyjne. Piszą do nas w wiadomościach prywatnych i na wenusjankowe maile, kobiety i mężczyźni z prośbą o umieszczenie informacji o ich inspirującym wykładzie. A ja od początku mam ochotę skomentować: “nie mów mi o motywacji!”

Uderza mnie to z jaką pewnością ktoś pisze, że mnie zainspiruje, że mnie zmotywuje. Skąd ktoś znajduje w sobie takie przekonanie, że akurat jego słowa do mnie trafią? Czy trafią do innych osób?

Moje doświadczenie pokazuje, że nie motywują mnie “wielkie historie” a proste życie. Takie często nadmuchane obietnice tylko zawodzą i sprawiają, że nawet czas spędzony na youtubie, który z ciekawości postanowiłam poświęcić na zobaczenie takiej osoby w akcji, uważam za stracony.

 W sieci można znaleźć mnóstwo przykładów typu: „7 motywacji każdego człowieka”, „9 rzeczy których nie robić jeśli chcesz aby Ci się chciało”. Traktujemy siebie jak króliczka z reklamy Duracell. To, że wezmę udział w Twoim wykładzie, nie znaczy, że będę działała do ośmiu razy dłużej…

W moim odczuciu możemy kogoś nazwać, że mnie zmotywował, zainspirował… ale nazywanie siebie samym byciem motywującym jest sporym nadużyciem.

Nie jestem robotem. Jeżeli mi się nie chce, to sztuczne motywowanie mnie nie pomoże, bo na koniec tego wszystkiego okaże się, że pędzę, ale z pustymi taczkami. Bo tak mi wszyscy każą działać, że nawet się nie zorientuję czy ja tego na pewno chcę, czy to jest to o czym marzę czy w którym kierunku chce iść.

Zaskakuje mnie w jak dużym stopniu nasz świat nie pozwala nam czuć się zmęczonym. Stale słyszymy w reklamach, że brak ci energii, weź te tabletki, albo te ciasteczka, które stopniowo ją uwalniają w ciągu dnia – one dodadzą ci wigoru.

A może jesień to czas kiedy właśnie dobrze jest się zatrzymać, zastanowić czy to co robię jest tym co chcę robić? I może to, że ktoś obiecuje, że mnie zmotywuje, tak naprawdę sam ma problem z tym co robi i potrzebuje potwierdzenia w naszych oczach, że robi coś fajnego?

 

Ostatnie wpisy

Najlepsze scenariusze pisze życie

Najlepsze scenariusze pisze życie

Już nie raz pisałam, że fascynuje mnie logistyka. To jak coś ktoś robi, jak się do tego przygotowuje. Zapraszam Was do rozmowy z Maura Ładosz, ciekawą, bardzo kreatywną kobietą, która na codzień żyje z pisania scenariuszy filmowych. W naszej rozmowie poznacie jej początki, motywacje, oraz warsztat jaki wiąże się z pisaniem tego, co później możemy oglądać na szklanym ekranie. Bo jak się okazuje, to życie pisze najlepsze scenariusze.

Zapraszam do rozmowy.

Anita Kijanka: Gdybyś musiała się przedstawić i powiedzieć czym się zajmujesz, to jak zwykle przedstawiasz się?

Maura Ładosz: Przedstawiam się chyba normalnie: Maura Ładosz. Aktualnie z zawodu od 11 lat jestem scenarzystką telewizyjną, ale też myślę, że mogę śmiało powiedzieć, chociaż nie robię tego zarobkowo, że jestem z zawodu fotografem. Jestem scenarzystą i fotografem, a także jestem “wymyślaczem” historii – w ten sposób bym się przedstawiła.

Maura Ładosz

fot. Dominika Misiewicz

Powiedz mi, jak zaczęła się Twoja przygoda właśnie ze scenopisarstwem?

W bardzo prozaiczny sposób. Gdzieś taką myśl miałam w sobie od dziecka, że chciałabym pisać, opowiadać historie, ale dosyć szybko doszłam do tego, że to może nie będą książki – chociaż o takiej też myślę. Bardziej interesowały mnie w tym wszystkim ruchome obrazki, więc ta myśl, że chcę pisać scenariusze zrodziła się gdzieś we wczesnym, nastoletnim życiu.

W związku z tym, że jestem dosyć leniwą osobą, to nie chciało mi się iść do szkoły dla scenarzystów. Poza tym myślałam sobie, że chyba nie trzeba się tego uczyć, to jest taka dziedzina, którą można rozpracować samemu. W każdym razie nie składało się, żebym się tym zainteresowała tak od strony edukacyjnej. Od 16. roku życia jestem z mediami związana i wokół nich działo się moje życia. Była to głownie telewizja, więc wszystko tak naturalnie się rozwinęło.

Najpierw byłam po drugiej stronie kamery, a dokładniej przed nią – a potem, będąc w pobliżu, usłyszałam, że ktoś szuka zupełnie świeżego, nowego narybku do pisania scenariusza do jednego z seriali, który powstawał i że będzie szkolenie. Trwało ono trzy dni i po nim napisałam swój pierwszy w życiu scenariusz. Oczywiście to miało być na próbę, na podstawie tego, osoba zarządzająca tym projektem miała sobie wybrać spośród nas kilka osób do pisania – załapałam się, a to oczywiście był totalny początek.

Ja oczywiście w pierwszej chwili jak to taki nuworysz wpadłam w samozachwyt, że o proszę udało mi się od razu. A potem się zaczęły schody i bardzo długa droga. W rzeczywistości to jest tak, że żeby móc nazwać się scenarzystą trzeba napisać od początku do końca przynajmniej trzy projekty.

To chyba szybko mimo wszystko…

Myślę, że dopiero po trzech czy czterech latach mogłam już powiedzieć, że jestem scenarzystą, ale tak na prawdę uczę się cały czas. To jest taki zawód, w którym nauka się nie kończy, tak jak w wielu zawodach bardziej twórczych. W rzeczywistości to jest tak, że co gatunek to nauka zaczyna się właściwie od nowa, bo warsztatowy trzon jest wszędzie taki sam, ale jednak każdy gatunek wymaga czegoś nowego. Nowych umiejętności i trochę zmiany myślenia, więc właściwie uczę się cały czas.

Maura Ładosz

fot. Ewa Ćwikła

Jak przystępujesz do pisania scenariusza to od czego zaczynasz? Jak w ogóle wygląda przygotowanie takiego scenariusza?

To zależy, jeżeli zaczynam nowy projekt to zanim powstanie scenariusz musi powstać cały świat, scenariusz jest jego finałem. Wymyślamy główną historię, bohaterów. Tworzymy historie bardziej szczegółowe na sezon lub na pół sezonu. Tak naprawdę nie powstanie scenariusz bez porządnie przygotowanych bohaterów – postacie muszą być wymyślone od A do Z.

Ja muszę wszystko wiedzieć o tych postaciach. Muszę z nimi pobyć, żeby je poznać. Scenariusz musi być napisany zgodnie z tym jakby te postacie postępowały w danych sytuacjach, to jest kluczowe. Jeżeli mam wymyśloną osobę, to nie mogę jej kazać się zachowywać tak, jak chce scenarzysta –  tylko muszę jej dać żyć i muszę ją obserwować w różnych sytuacjach i iść za nią. To jest naczelna zasada.

Nie można powiedzieć, że pracę nad każdym scenariuszem zaczynam od tego i od tego, za każdym razem to jest bardzo indywidualna sprawa – to zależy od tego, jaki to jest gatunek telewizyjny. Generalnie postać jest kluczowa i podążanie za nią w scenariuszu jest najważniejsze.

A co to znaczy że serial dobrze się ogląda? Czy serial będzie się dobrze oglądał? Skąd to możesz wiedzieć już na początku?

No właśnie tego nie wie nikt. Może jest recepta na dobry serial, ale czy ten serial odniesie sukces komercyjny czy będzie oglądany, tego nigdy nie wie nikt.

Ja osobiście uważam, że najważniejsza jest zasada prawdopodobieństwa w serialu. Nie robimy filmu dokumentalnego, nie mówimy prawdy, natomiast opisujemy sytuacje prawdopodobne, czyli coś, co może się wydarzyć, ale nie musi. To nie może być kompletnie zmyślona historia. Oczywiście zależy w jakiej kulturze będzie on oglądany, bo w kulturze amerykańskiej przechodzą dużo mniej prawdopodobne historie, niż na przykład w kulturze europejskiej.

Natomiast zasada prawdopodobieństwa jest naczelna. Muszą być postacie, które wciągną nas w historię, intrygę. Opowieść może być najbardziej banalna na świecie, ale jeżeli mamy bardzo dobrych bohaterów – ciekawych, takich którzy nas interesują, pociągają to zaczyna nas coraz bardziej wciągać. Nie mówię, że musimy ich kochać. Chociaż kiedyś tak rzeczywiście było, że takie były wymogi producentów – żeby serial był skierowany do produkcji to musi być bohater, którego wszyscy pokochają.

Moim zdaniem to jest niekonieczne dlatego, że tak samo możemy się przywiązać do bohatera negatywnego. Będziemy mu życzyć jak najgorzej, ale będziemy ciekawi i będziemy chcieli poczuć satysfakcję, że w końcu mu się nie uda i też będziemy to śledzić z zapartym tchem.

Przede wszystkim musi być postać budząca emocje, którą się chce oglądać i musi być prawdziwa. To ma być bohater taki z krwi i kości. Nie może być dwuwymiarowy, papierowy, w którego nie uwierzymy. Oczywiście takie figury też istnieją w serialach, ale w takich serialach powiedziałabym… Żeby też kogoś nie urazić… Takiej klasy B. Natomiast w serialach, o których każdy scenarzysta marzy, to faktycznie te postaci muszą być zbliżone do ludzi, których znamy z życia.

Nikt nie jest rycerzem na białym koniu, nikt nie jest księżniczką na ziarnku grochu. Wszyscy mają swoją drugą twarz i o tym też trzeba pamiętać. Historia, ale przede wszystkim, moim zdaniem postać – to jest to, co nas trzyma przy serialu.

Skąd czerpiesz inspiracje i pomysły na różne historie, które wydarzają się bohaterom?

Odpowiem najbardziej banalnie na świecie jak można – czyli z życia. Bo nic nie wymyśla tak zwariowanych scenariuszy jak życie. Już nie raz się przekonałam, że jak była wymyślona historia to była kupowana przez producentów “super, super, super tak idźmy w to” natomiast  jak była historia na motywach tego, co się wydarzyło to bardzo często był komentarz  “niee…to jest niemożliwe, ale wymyśliłaś tym razem”…

Życie bywa bardzo dziwne i nieprzewidywalne i wydaje mi się, że to jest najlepsza kopalnia pomysłów. Trzeba mieć uszy, oczy i wszystkie zmysły szeroko otwarte i to jest bardzo trudne w moim zawodzie.

Dobrze być wśród ludzi, dobrze na przykład jeździć pociągami, tramwajami, stać na przystankach, rozmawiać z innymi, słuchać tego co się dzieje, ale nie można być w dwóch miejscach na raz. Wypadałoby  pół miesiąca spędzać w terenie, pół miesiąca przed klawiaturą w komputerze dlatego jakoś to trzeba dzielić.

Trzeba po prostu czytać, przeglądać internet, nawet jakieś plotkarskie portale, bo wszędzie są historie. A ja zawsze powtarzam, że życie polega na opowiadaniu historii. A jest ich wokół nas mnóstwo.

Zdarzyło Ci się kiedyś, że znajomy się zorientował, że został bohaterem któregoś z epizodów? Rozpoznał, że opisujesz jego przykład z życia?

Bardzo często jest tak, że moi znajomi do mnie mówią “Słuchaj, zdarzyło mi się to i to,  możesz to wykorzystać”. I czasami gdzieś, jakieś elementy wykorzystuje, nigdy jednak nie robi się tego jeden do jednego.

Ja na przykład sama kiedyś miałam taki dzień, że psuło mi się wszystko w domu po kolei. Najpierw pralka, potem lodówka, to też była totalnie czarna seria i ja w tym wszystkim Matka Polka bezradna. Potem użyłyśmy z koleżanką tego wszystkiego w serialu, oczywiście trochę to, jak to w serialu, koloryzując bardziej jednak niż w życiu. W serialu można sobie na szczęście na to pozwolić. Historie mogą być bardzo, bardzo banalne, a później umiejętnie opowiedziane i przy pomocy ciekawych bohaterów zmieniają się w coś super fascynującego.

Jak w takim razie, chcąc te wszystkie historie opowiedzieć, chcąc przedstawić bohaterów, ich życie, wplatacie w to wszystko reklamy? Product placement, który jest co raz bardziej popularny kiedy czytamy, że audycja zawiera lokowanie produktów. Tym musisz jakoś żonglować prawda?
Bo z jednej strony musisz dbać o to, żeby postać była autentyczna, historie były ciekawe, żeby angażowały ludzi, ale z drugiej strony masz takie coś na sobą, gdzie przychodzi reklamodawca i mówi, wrzućcie mi tutaj chipsy. I Ty musisz stworzyć nagle historię, gdzie te chipsy się pojawiają. Jak to wygląda?

Myślę, że przepisy, które się zmieniły jakiś czas temu, spowodowały ze product placement przestał być taki nachalny. Bardzo nam scenarzystom to pomogło. Kiedyś product placement wyglądał jak nagła przerwa na reklamy w środku sceny, na przykład: “Przyniosłem Ci Nutellę, może zjesz Nutellę? Nutella jest bardzo zdrowa”. Teraz takich rzeczy robić nie możemy i bardzo dobrze. Nie może nigdzie w dialogu paść nazwa produktu, może on się tylko pojawić na obrazku.

Naprawdę to pomaga, ponieważ my wszyscy żyjemy w jednej wielkiej reklamie. Do lasu, nawet nie da się wejść, żeby się nie natknąć na jakieś opakowanie po czymś – te znaki towarowe są i nie sposób ich uniknąć, wiec to jest zupełnie naturalne, że one są w serialach.

Czasami też jest to problem, żeby uniknąć product placement’u niechcianego, wtedy się staje na głowie. Natomiast jeżeli on jest chciany i pożądany to zazwyczaj mamy trochę wolną rękę. Jeżeli wiemy, że w tym odcinku musi się pojawić product placement jakiejś sieci komórkowej czy produktu spożywczego, wtedy wymyślamy sobie sytuacje sami, bądź w obrębie której sceny może być jakaś mini sytuacja, w której ten produkt może się pojawić.

Oczywiście dostajemy dodatkowe wytyczne od klienta, że chciał, aby produkt się pojawił w scenie, w której są małe dzieci albo w scenie, w której jest ciepła rozmowa między przyjaciółkami lub w takiej, w której dana usługa, na przykład sieci komórkowej, pomaga bohaterowi wyjść z jakiejś trudnej sytuacji.

Czasami te wytyczne są, wtedy rzeczywiście trzeba temu sprostać i zadbać o to, żeby to było wprowadzone w sposób jak najbardziej naturalny. Jeżeli zostanie to pokazane w sposób sztuczny, chamski wręcz, taki toporny to jest to na niekorzyść dla tego produktu, ponieważ ludzie to wyłapują i budzi to w nich niesmak.

Rzeczywiście czasami jest to karkołomne zadanie. Zdarzało się na przykład tak, że trzeba było do gotowego odcinka dopisać jakąś scenę, bo klient chciał koniecznie wcześniej w emisji z tym produktem już zaistnieć. Wtedy takie doklejane sceny zazwyczaj są wyczuwalne, więc lepiej już umieszczać taką reklamę w procesie twórczym, bo to zawsze wychodzi naturalniej.

Głównie polega to na tym, że trzeba taki sztuczny element układanki w tę układankę wmontować, tak sprytnie, żeby właśnie nie było widać, że jest to wmontowane. Żeby to było bardzo naturalne, żeby to było takie smaczne, nie przeszkadzało tak na prawdę. Żeby w odbiorze sceny nie było takiego wrażenia, że o teraz, tutaj jest product placement, prawda? To ma być zauważone i niezauważone jednocześnie – na tym polega sztuka, tak mi się wydaje.

Czy to jest tak, że Wy tworzycie całą linię kreatywną, w której ze scen w serialu czy filmie ukaże się dany produkt, wysyłacie to do akceptacji klientowi, klient mówi: tak, zgadzamy się, czy po prostu to już polega na tych wytycznych, które otrzymaliście i klient już się nie miesza?

Nie, zazwyczaj my nie uczestniczymy rozmowach producenta z klientem czy stacji z klientem. My dostajemy wytyczne już gotowe, później ta scena z tym product placement’em przez produkcję lub stacje wysyłana jest do akceptacji klienta. Może on mieć oczywiście uwagi, zdarza się oczywiście tak, że klient wie lepiej. Jak sam na przykład napisze scenę, która jego zdaniem powinna być – to pożal się boże. To tak troszkę, na taką małą złośliwość sobie pozwolę, że pozwólmy działać profesjonalistom w tym względzie.

Natomiast rzeczywiście klient musi być zadowolony, więc oni ostatecznie akceptują i wtedy to jest nagrywane zgodnie z tym, co jest w scenariuszu. Ale my nie kontaktujemy się z nim bezpośrednio. Nie ma rozmów, że oczekuje tego i tego. Jesteśmy ostatnim ogniwem, które wykonuje to zlecenie.

A jeszcze jedno mnie ciekawi, ile w takim razie zajmuje Ci przygotowanie scenariusza do jednego odcinka serialu? Czy to jest tak, że piszesz jeden i potem kolejny dopiero, czy piszesz poszczególne sceny odcinków. Jak wygląda taka praca?

To jest tak, że – tu użyje tego zdania “wytrycha”- to zależy od projektu i od gatunku, w którym akurat się poruszamy. Bo to może być serial, to może być telenowela, to może być dokument, więc każdy z nich pisze się inaczej; dłużej, krócej, szybciej, wolniej, jak wiadomo.

Natomiast możemy to jakoś doprecyzować. Serial około dwudziestopięcio minutowy, to jest dwadzieścia pięć – trzydzieści stron i pisze się je mniej więcej trzy dni. Seriale dłuższe, o długości czterdziestu czterech minut to można pisać nawet i tydzień, raz czy dwa. Raz spotkałam się w swojej karierze, że sama pisałam poszczególne sceny poszczególnych wątków i to mi zupełnie nie pasowało. Wolę jednak napisać pełny scenariusz od A do Z. Wydaje mi się, że bardziej panuje nad tymi rzeczami.

Czasami jak mam dwa projekty na raz to pisze dwa scenariusze równolegle. Kiedy przychodzą jakieś poprawki do odcinków, które już powstały to czasami robi się  bałagan w głowie, że trzeba wracać do tego, co już zostało napisane, a gdzieś tam w mojej głowie są już te historie i perypetie bohaterów bardziej zaawansowane… Rzeczywiście można takiej lekkiej schizofrenii dostać, więc jednak chronologię, moim zdaniem, tutaj dobrze jest zachowywać.

Jeden z naszych prelegentów na Wenusjankach opowiadał, że kiedy pisze swoje książki to ma program Excel i w nim pokazuje systematycznie, w jakiej scenie pojawiał się jaki bohater, jak się w tych scenach zmieniał po kolei. Czy Ty masz w głowie to wszystko, czy na każdym etapie jak tworzysz scenariusze to myślisz jednocześnie co powinien powiedzieć, jak się zachować Twój bohater. Masz to jakoś usystematyzowane czy raczej to jest taki freestyle? Czujesz tych bohaterów i dajesz im życie poprzez te sceny, w których oni grają?

Jeżeli projekt jest bardzo duży, na przykład serial codzienny i jest dwadzieścia odcinków w miesiącu i jest pięciu autorów to nie sposób jest wszystkiego zapamiętać oprócz swojej pracy. Oczywiście czytamy odcinki kolegów, ale to jest czasami ponad ludzkie siły zapamiętać to wszystko, więc na szczęście istnieje funkcja sekretarza, który się tym wszystkim zajmuje, który jest taką naszą pamięcią zewnętrzną.

Ma on streszczenia wszystkich odcinków, poszczególnych wątków i sezonów. Jeżeli czegoś nie wiemy, nie pamiętamy, to do takiej osoby piszemy i podpytujemy o różne sprawy. Czy ten bohater na przykład był już w takiej i takiej sytuacji. Jeżeli nie pamiętamy – a jest to możliwe w takim serialu typu telenowela, gdzie występuje czterdzieści czy pięćdziesiąt postaci – o jakiś rodzinnych powiązaniach to za to odpowiada osobna osoba, która jest dla nas taką encyklopedią serialu.

Jeżeli projekt jest mniejszy, na przykład składa się 12 czy 13 odcinków w sezonie to z reguły nikt taki potrzebny nie jest – to się po prostu pamięta. Dlatego, że się jest na tyle zżytym z tymi postaciami, one się stają nawet trochę częścią twojej rodziny przez pewien czas, do momentu do którego piszesz dany projekt, po prostu wiesz o nich wszystko.

Powiedz mi, czy zdarzały Ci się sytuacje kiedy myślałaś o jakiejś historii, opowiadałaś znajomym na spotkaniu jakieś wydarzenie, a potem sobie uświadamiałaś, że to się nie wydarzyło naprawdę tylko ja to napisałam w scenariuszu? Bo tak się zlałaś z tym życiem serialowym, że zaczęłaś tracić różnicę między rzeczywistością, a wymyślonym światem?

Nie, nie zdarzyło mi się to. Czytałam tylko taką cudowną książkę “Ciotka Julia i skryba” i tam się faktycznie scenarzyście coś takiego przytrafiło, bo oszalał. Nie, nie, jednak to jest w dalszym ciągu tak, jak mówiłam o tym prawdopodobieństwie. W dalszym ciągu jednak to jest życie serialowe, mimo tej zasady, którą przestrzegamy, jest tak dalekie od prawdziwego życia, że jednak moim zdaniem nie sposób jest to pomylić. Nawet jeżeli robi się tego rzeczywiście dużo, to nie. Jeżeli używam sytuacji życiowych, na przykład wręcz, bo tak też mi się kiedyś zdarzyło w jednym serialu, że przeniosłam żywcem postać z życia do serialu, to raczej mi się to nie myli.

Co najbardziej lubisz w swojej pracy i jednocześnie co jest najtrudniejsze?

Najbardziej lubię to, że to co napiszę, to co wyjdzie spod mojej klawiatury potem mogę zobaczyć na dużym ekranie telewizyjnym. Trochę się śmieje, że słowo ciałem się staje. To jest bardzo ekscytujące, bo to jest taki namacalny proces twórczy. Ja sobie siedzę w swoim pokoiku, dłubie w komputerku i potem pracuje nad tym sztab ludzi, a potem po prostu jest to emitowane i jest to super ekscytujące. Tak jak powiedziałam – jestem scenarzystą od jedenastu lat –  to za każdym razem jak rodzi się moje nowe dziecko – to znaczy jak mój nowy projekt  gdzieś zostaje sprzedany i potem jest realizowany, a potem finalnie się pojawia, to jest radość taka sama, więc to jest cudowne.

Najtrudniejsze w mojej pracy jest to, że jest ona bardzo żmudna. Samo wymyślanie jest fajne i ekscytujące i wiele osób to bardzo lubi, bo to jest po prostu kreacja i każdy twórca wie, jakie to jest miłe uczucie. Natomiast potem zaczyna się właśnie ta mrówcza praca. Te literki – jak ja to mówię – wklepać trzeba. Pamiętać co się z czym klei, co się z czym nie klei. Do tego należy używać swojej wiedzy technicznej, realizacyjnej, żeby potem nie robić kłopotu ekipie na planie, żeby nie pisać głupot, które potem w realizacji zdjęć się ze sobą zupełnie nie pokleją, nie skomponują.

Praca na materiale, który się ma w głowie, żeby go tylko przelać na papier to jest chyba najtrudniejsze. Wymaga ogromnej dyscypliny, żeby to po prostu robić systematycznie. Żeby nie było przestojów, bo to jest naprawdę dużo fizycznego pisania. Scenariusz to jest między dwadzieścia pięć tysięcy, a czterdzieści sześć tysięcy znaków – zależy jakiej długości jest emisja.

Jest to objętościowo naprawdę bardzo dużo pisania i jak się tych projektów robi na przykład dwa jednocześnie to rzeczywiście człowiek przelicza swoją pracę na setki stron miesięcznie. To jest najtrudniejsze, żeby to po prostu spisać, to wszystko co się ma w głowie.

OK, wiesz jeszcze zapytałabym Cię o to jak Ty sprawiasz, że dialogi napisane dobrze brzmią mówione, bo wiem, że to też jest problem?

Bardzo prosto, to znaczy wszystkie dialogi czytam sobie na głos.

Naprawdę? Czyli pisząc scenariusz czytasz go od razu na głos

Tak, napiszę sobie scenę i potem ją czytam. Didaskaliów oczywiście nie, bo to jest bez znaczenia, natomiast dialog każdy czytam na głos, żeby usłyszeć czy na przykład nie zmienić szyku, czy na przykład nie ma zbitki wyrazów, które będą trudne do wypowiedzenia, więc tutaj trzeba aktorowi pomóc. Pisanie jest jak muzyka, to znaczy musi być rytm, dialog ma być prawdziwy i jak się go przeczyta, to nie może być fałszywej nuty w nim, bo to natychmiast widać. Moim zdaniem, jeżeli ktoś tego nie robi to popełnia ogromny błąd, bo wtedy może się brać z tego sztuczność dialogów. Wszystko musi wybrzmieć, to trzeba usłyszeć.

Dziękuje za rozmowę.

Maura Ładosz

Ostatnie wpisy

Co promocja IT ma wspólnego z warzywniakiem?

Co promocja IT ma wspólnego z warzywniakiem?

Co promocja IT ma wspólnego z warzywniakiem?

W kwietniu tego roku miałam przyjemność wystąpić na konferencji East-Media w Białymstoku, wydarzenie poświęcone jest trendom w marketingu, szczególnie wykorzystaniu nowych technologii w dotarciu do potencjalnych klientów. W tym miejscu składam gratulacje Organizatorom za przygotowanie ciekawej i dobrze zaplanowanej konferencji.

Promocja IT

Podczas swojego wystąpienia opowiadałam o tym, co promocja IT, ma wspólnego z warzywniakiem. Firmy korzystają z tego rodzaju usług przede wszystkim po to, aby się wyróżnić, pokazać swoją unikatowość. Public relations to komunikowanie o aktywności przedsiębiorstwa, realizowanych projektach, a to z kolei wpływa na wzbudzanie większego zaufania do naszej pracy wśród partnerów biznesowych czy inwestorów.

Skutecznie realizowane działania promocyjne sprawiają, że inni chętniej korzystają z naszych usług wierząc w nasze doświadczenie i know-how. Poniżej przedstawię najważniejsze kwestie, które poruszałam w trakcie całego wystąpienia.

Warzywniak jest zwykle blisko ludzi

Różnica pomiędzy warzywniakiem i hipermarketem jest duża. Mianowicie, decydując się na zakupy w warzywniaku wiemy, że dostaniemy w nim produkty świeże i w dobrej jakości, bo sprzedawcę często znamy osobiście. Dodatkowo te małe sklepy są zazwyczaj blisko naszego domu i wyskakujemy tam w dresach, kiedy dajmy na to brakuje nam składników, by móc dokończyć gotowanie. Inaczej jest w przypadku zakupów w dużych sieciach handlowych. Wtedy organizujemy wyprawę, do której przygotowujemy się spisując listę rzeczy, które musimy kupić na najbliższy miesiąc.

Podobnie wygląda sytuacji w przypadku technologii. One mają nam służyć, pomagać w rozwiązywaniu codziennych problemów, ułatwiać życie. Tak powinny być przygotowane i tak komunikowane, aby korzystanie z nich nie stanowiło wyzwania.

Proste, ciekawe komunikaty, pokazujące że ich twórcy rozumieją potrzeby klientów, więcej zrobią dla promocji twojego rozwiązania, niż nawet najbardziej ambitne, tłumaczące wszystkie funkcjonalności instrukcje obsługi. To, że twoja aplikacja, portal, urządzenie powstało w oparciu o najnowocześniejszą technologię jest bardzo ważne, jednak zainteresuje naprawdę niewiele osób.

Chcesz dotrzeć do większej liczby klientów? Pokazuj jasno, przejrzyście i czytelnie dlaczego właśnie twój produkt jest tym, który powinniśmy kupić, a wszystkie smaczki technologiczne, zostaw tym, którzy będą je w stanie zrozumieć.

Sprzedawca rozumie twoje potrzeby

Z uwagi na mniejszy dystans pomiędzy sprzedającym i kupującym, zakupy face to face w warzywniaku sprawiają, że możesz powiedzieć co robisz na obiad i z czym masz kłopot, a Twój rozmówca doradzi Ci i podpowie, bo świetnie zna swoje produkty.

Ty właśnie jesteś takim sprzedawcą. Dlatego też, kiedy np. promujesz aplikację sportową musisz wiedzieć, jaką potrzebę klienta ma ona zaspokoić i w jakich sytuacjach będzie ona wykorzystywana. Dlaczego? Aby odpowiednio dobrać kanały komunikacji. Dla przykład jesteś startupem zajmującym się tematem zdrowia? Świetnie. Pamiętaj, że artykuły na portalach dla fanów technologii niekoniecznie przełożą się na rozwój firmy, pomyśl raczej o portalach zdrowotnych, czasopismach, konferencjach prezentujących jak żyć zdrowo. Tam znajdziesz ludzi, którzy mogą potrzebować właśnie tego, czym zajmuje się twoja firma.

Mów prostym językiem i nie zapomnij o prezentacji korzyści

Na straganie widzisz jakiś egzotyczny owoc lub warzywo. Z jednej strony jesteś  zaciekawiony, z drugiej masz obawy, czy będziesz wiedział jak go przyrządzić? Co zrobić, by móc poznać ten nowy smak? Jak obejść się z nim właściwie? Jeżeli zapytasz sprzedawcę z pewnością poda Ci nazwę produktu, opowie jak się go używa i z czym najlepiej smakuje. I nagle obawy znikają. Kupujesz, niesiesz je do domu, by tam zaskoczyć wszystkich zupełnie nową, egzotyczną potrawą.

Analogicznie będzie w przypadku tworzenia nowego programu, aplikacji czy produktu. Widziałeś, że u kogoś dobrze on działa i teraz sam jesteś ciekaw czy sprawdziłby się u ciebie. W Twojej głowie zaczynają się mnożyć pytania i wątpliwości. Czujesz, że nie masz pewności czy wszystko zrobisz jak należy. A może poznanie tego rozwiązania zajmie ci za dużo czasu i okaże się, że gra nie była warta świeczki?

W przypadku dostarczania usług IT nie zawsze masz możliwość bezpośrednio porozmawiać z potencjalnym klientem. Często pierwszym miejscem kontaktu jest strona www. Jest ona wizytówką tego, co robisz. Pamiętaj, że język branżowy może być trudny w odbiorze, a co za tym idzie może zniechęcać Twoich odbiorców. Co powinieneś zrobić? Przede wszystkim pokazać stronę kilku osobom z różnymi upodobaniami i zapytaj ich o opinie na temat czytelności strony i jasności komunikatów na niej zawartych. Następnie niech wcielą się w Twojego klienta i powiedzą o swoich potrzebach.

Promocja IT

Kontekst liczy się za każdym razem

Czy warzywniak znajdujący obok stacji benzynowej lub pomiędzy sklepami odzieżowymi w galerii handlowej wzbudziłby Twoje zaufanie? Mojego nie, bo w moim odczuciu taki sklep nie pasuje do takich miejsc. Podobnie rzecz się ma w przypadku promocji IT.

Początkujący przedsiębiorcy przychodzą do naszej agencji i mówią, że chcą być wszędzie. Za każdym razem odradzamy im tego rodzaju działania, ponieważ:

  1. Często wiązałoby się to z ich bardzo dużym obciążeniem czasowym – na udział w wywiadach i nagraniach też trzeba mieć czas, a zwykle nie mogą sobie pozwolić na kilka dni wolnego, aby tylko spotykać się z dziennikarzami;
  2. Nie każde medium dotrze do grupy, która ich faktycznie interesuje – więc może i ich ego urosłoby, ale jednak nie przełożyłoby się to na wzrost wartości czy ilość klientów firmy.

Zdecydowanie bardziej polecam wybranie kluczowych dla klienta mediów, a następnie nawiązaniu i budowaniu dobrej oraz trwałej relacji z dziennikarzami. Bezmyślne wysyłanie informacji do wszystkich odradzam. Podobnie w przypadku wysyłania jednej informacji do wielu osób jednocześnie. Wtedy już tylko krok do popsucia jeszcze dobrze nie rozpoczętej współpracy.

Kupujemy oczami

Ile razy przechodząc koło warzywniaka zatrzymałeś się i kupiłeś produkt, którego w zasadzie akurat nie potrzebowałeś, ale był tak ładnie wyeksponowany, że od razu nabrałeś na niego ochoty?

Identycznie jest w przypadku Twojej firmy. Im lepiej ją zaprezentujesz, chociażby używając atrakcyjnych zdjęć czy grafik, tym bardziej przyciągniesz uwagę innych. Watro zapamiętać! Nasz mózg przetwarza zdjęcia 60 tys. razy szybciej niż tekst. A jak pokazują badania State of Inbound Marketing z 2014 roku:

  • 63% treści zamieszczanych w social mediach to zdjęcia,
  • 94% treści umieszczone w sieci, a wzbogaconych o zdjęcia mają więcej wyświetleń niż bez nich,
  • tweety ze zdjęciami są udostępniane częściej o 150%.

I na koniec, pamiętaj, że najlepsza promocja nie sprzedaje produktu. Sprzedaje wartości, emocje oraz uczucia. A teraz wyobraź sobie, jak skuteczne mogłaby rozwijać się Twoja firma, gdybyś właściwie i ciekawie prowadził działania komunikacyjne.

Promocja IT Promocja IT

Autorem zdjęć jest Dawid Chatkiewicz

Ostatnie wpisy